CZERWIEC 2020
Deszcz uderzał o szybę, tworząc hipnotyzujący rytm. Ciemne, ciężkie chmury wisiały nisko nad miastem, a z oddali dobiegał głuchy pomruk zbliżającej się burzy. Telewizor cicho relacjonował wiadomości o podtopieniach w południowej Polsce. Rzeki wezbrały, zagrażając okolicznym miejscowościom.
Stałem przy oknie, obserwując jak świat za szybą powoli znika pod kaskadami wody. W dłoni trzymałem kieliszek czerwonego wina. Zawsze lubiłem burze, w przeciwieństwie do większości ludzi, którzy uważają je za przygnębiające. Dla mnie były one przypomnieniem jednego szczególnego dnia, jednej szczególnej nocy sprzed lat, którą wciąż noszę w sercu.
SIERPIEŃ 2008
Był gorący sierpniowy wieczór, gdy jechałem przez góry do małej miejscowości, gdzie miałem dołączyć do obozu badawczego. Byłem świeżo upieczonym magistrem, a to miało być moje pierwsze doświadczenie jako opiekun grupy studentów. Czułem dumę i ekscytację. Miałem plan, ambicje, i byłem przekonany o swoich możliwościach.
Słońce zaczynało już zachodzić, gdy niebo nagle pociemniało. W ciągu kilku minut rozpętała się nawałnica, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Strugi deszczu zalewały szybę, wycieraczki nie nadążały z ich usuwaniem, a widoczność spadła niemal do zera. Porywisty wiatr szarpał moim małym autem, kilka razy ledwo utrzymałem je na drodze.
Po jednym szczególnie silnym porywie wiatru, który niemal zepchnął mnie z drogi, zdałem sobie sprawę, że dalsza jazda jest zbyt niebezpieczna. Z ulgą zauważyłem w oddali przydrożny zajazd, którego neon przebijał się przez ścianę deszczu. Zaparkowałem i pobiegłem do środka, przemakając do suchej nitki.
- Kto by pomyślał, że ktoś odważy się podróżować w taką pogodę? - usłyszałem ciepły głos zza lady.
Otarłem wodę z twarzy i zobaczyłem młodą kobietę z jasnymi włosami i urzekającym uśmiechem. Na imię miała Magda, jak wskazała plakietka na jej bluzce. Miała około trzydziestu lat i promieniowała spokojem, który kontrastował z szalejącą za oknem burzą.
- Czy macie otwarte? Potrzebuję gdzieś przeczekać tę nawałnicę - zapytałem, czując jak woda z moich przemoczonych ubrań tworzy kałużę na podłodze.
- Codziennie do 22, ale w taką pogodę chyba będziemy musieli zamknąć wcześniej - odpowiedziała, podając mi ręcznik. - Proszę, osusz się, zanim się przeziębisz.
Podziękowałem i rozejrzałem się po zajeździe. Byłem jedynym gościem. Miejsce było przytulne, czyste i zadbane, mimo że nosiło ślady stylu z poprzedniej epoki. Pod oknami stało kilka stolików, w rogu znajdował się stary szafograł, a za ladą barową ciągnął się długi blat.
- Może coś gorącego? - zapytała Magda, obserwując mnie z uśmiechem.
- Kawa byłaby zbawienna - odpowiedziałem z wdzięcznością.
Kiedy Magda przygotowywała kawę, wyjaśniłem jej, dokąd zmierzam i dlaczego muszę tam dotrzeć jeszcze tego wieczoru. Słuchała z zainteresowaniem, a ja coraz bardziej dostrzegałem jej naturalny urok i inteligencję. Kiedy przyniosła mi kawę, zapytała, czy jestem głodny. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od śniadania nic nie jadłem.
- Jeśli to nie problem... - zacząłem.
- Żaden problem - uśmiechnęła się. - Maria jest jeszcze w kuchni. Zaraz coś dla ciebie przygotuje.
Patrzyłem za nią, gdy odchodziła, zauważając grację w jej ruchach. Coś w tej kobiecie przyciągało mój wzrok i budziło we mnie zainteresowanie, którego nie potrafiłem wytłumaczyć.
Niedługo później przed drzwiami kuchni pojawiła się starsza kobieta, zapewne Maria, która skinęła mi głową i wyszła, ubrana w przeciwdeszczowy płaszcz i kalosze. Magda wyjaśniła, że Maria mieszka niedaleko i musi wrócić do domu przed tym, jak drogi staną się całkowicie nieprzejezdne.
Zostaliśmy sami. Burza szalała za oknem, a parking powoli zamieniał się w jezioro. W radiu podawali ostrzeżenia o lokalnych podtopieniach. Zrozumiałem, że nie mam szans dotrzeć do obozu tej nocy.
- W takiej sytuacji najlepiej będzie, jeśli zostaniesz na noc - powiedziała Magda, jakby czytając w moich myślach. - Mamy pokój gościnny na górze. Ja i tak zwykle tu nocuję, gdy mój mąż wyjeżdża w delegację.
Spojrzałem na nią zaskoczony. Dopiero teraz zauważyłem, że nie nosi obrączki.
- Zdejmuję ją podczas pracy - wyjaśniła, śledząc mój wzrok. - Przepisy sanitarne.
Jedzenie, które przygotowała Maria, było wyśmienite. Magda usiadła naprzeciwko mnie, i rozmawialiśmy długo po skończonym posiłku. Opowiadała mi o swoich marzeniach o studiach, które musiała porzucić po śmierci ojca, by zająć się zajazdem. Słuchałem jej z fascynacją, widząc w jej oczach tęsknotę za innym życiem.
Włączyła szafograł, a delikatne dźwięki Scorpionsów wypełniły pomieszczenie. "When the smoke is going down" - piosenka, której słowa i melodia miały na zawsze pozostać w mojej pamięci.
- Zatańcz ze mną - powiedziała, wyciągając rękę.
W jej oczach zobaczyłem coś, co sprawiło, że nie mogłem odmówić. Żar, tęsknota, może samotność? Nie byłem pewien, ale wiedziałem, że ja również tego potrzebuję.
Zatańczyliśmy. Jej ciało przy moim było ciepłe i delikatne. Czułem zapach jej perfum, bicie jej serca. Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak niewłaściwe to jest - ona była mężatką, a ja prawie nieznajomym. A jednak, czułem, że to najwłaściwsza rzecz na świecie.
Nie pamiętam, kto pierwszy się odsunął, kto pierwszy się zbliżył. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie nasze usta się spotkały, a świat na chwilę przestał istnieć.
Nasze usta spotkały się w nagłym, niemal desperackim porywie. Smak jej warg był słodki, z lekką nutą kawy, którą piła wcześniej, a ciepło jej oddechu na mojej skórze wywołało dreszcz, który przeszył mnie od czubka głowy aż po palce u nóg. Jej dłonie delikatnie zacisnęły się na mojej koszuli, przyciągając mnie bliżej, jakby bała się, że w każdej chwili mogę zniknąć. Odpowiedziałem na pocałunek z równą intensywnością, moje palce wplatały się w jej jasne włosy, miękkie i pachnące deszczem. Świat wokół nas rozmył się – huk burzy, trzask piorunów, wszystko to stało się tylko tłem dla tego momentu. Jej język musnął mój, nieśmiało, ale z rosnącą pewnością, a ja poczułem, jak moje serce bije szybciej, jak krew pulsuje w żyłach. To nie był zwykły pocałunek – to była obietnica, wyznanie, coś, co wykraczało poza słowa. Gdy się odsunęliśmy, oboje dyszeliśmy lekko, nasze spojrzenia splatały się w milczącej zgodzie na to, co miało nadejść.
- Powinniśmy zamknąć lokal - szepnęła Magda, odrywając się ode mnie. - W taką pogodę nikt już nie przyjdzie.
Przekręciła klucz w drzwiach, zgasiła większość świateł i wzięła mnie za rękę. Poprowadziła mnie po skrzypiących schodach na górę, do małego pokoju z dwoma pojedynczymi łóżkami i niewielkim oknem z widokiem na parking.
W świetle pojedynczej lampki jej skóra miała odcień miodu, a oczy błyszczały tajemniczo. Nie musiałem pytać, czy jest pewna. Widziałem to w jej oczach, w sposobie, w jaki na mnie patrzyła.
W pokoju na górze czas jakby zwolnił. Magda zamknęła za nami drzwi, a delikatne światło lampki rzucało ciepłe cienie na jej twarz. Stała naprzeciwko mnie, jej oddech był szybki, a w oczach błyszczała mieszanka pożądania i wahania. Zbliżyłem się, moje dłonie delikatnie objęły jej talię, a ona nie cofnęła się – zamiast tego położyła ręce na moich ramionach, przyciągając mnie bliżej. Pocałowałem ją znów, tym razem wolniej, smakując każdy moment. Jej usta rozchyliły się pod moimi, a jej ciało przylgnęło do mojego, miękkie i gorące pod cienką bluzką.
Zsunąłem dłonie niżej, na jej biodra, czując krągłość jej kształtów przez materiał spodni. Westchnęła cicho, gdy moje palce zaczęły powoli rozpinać guziki jej bluzki, odsłaniając fragment po fragmencie jej skóry – gładkiej, lekko zarumienionej od emocji. Gdy bluzka opadła na podłogę, jej oddech przyspieszył, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej piersi, unoszących się pod koronkowym stanikiem. Dotknąłem jej, delikatnie przesuwając palcami po krawędzi materiału, a ona zamknęła oczy, oddając się mojej pieszczocie.
– Jesteś pewna? – szepnąłem, dając jej ostatnią szansę na odwrót.
– Tak – odpowiedziała równie cicho, a jej dłonie zaczęły szarpać moją mokrą koszulę, zdejmując ją ze mnie z niecierpliwością, która mnie zaskoczyła i jednocześnie podnieciła.
Kilka chwil później leżeliśmy na wąskim łóżku, nasze ubrania rzucone niedbale na podłogę. Jej skóra była gorąca pod moimi dłońmi, a ja całowałem każdy jej fragment – szyję, obojczyki, miękką krągłość piersi, czując, jak drży pod moim dotykiem. Jej palce wplatały się w moje włosy, a ciche westchnienia, które wydawała, były jak muzyka, która napędzała mnie dalej. Gdy moje dłonie zsunęły się na jej uda, rozchyliła je bez wahania, zapraszając mnie bliżej. Nasze ciała połączyły się w powolnym, ale intensywnym rytmie, jej biodra unosiły się, by spotkać moje, a odgłosy burzy za oknem zlewały się z naszymi oddechami i stłumionymi jękami. Każdy ruch, każde pchnięcie było jak fala, która zbliżała nas do krawędzi, aż w końcu Magda wygięła się w łuk, jej paznokcie wbiły się w moje plecy, a ja podążyłem za nią, tracąc się w niej całkowicie.
Leżeliśmy potem, wtuleni w siebie, słuchając deszczu uderzającego o dach i szyby. Rozmawialiśmy szeptem, jakbyśmy obawiali się, że głośniejsze słowa zniszczą tę intymną bańkę, w której się znaleźliśmy. Opowiadała mi o swoim życiu, o małżeństwie z prostym, dobrym mężczyzną, który nigdy nie rozumiał jej marzeń. O tym, jak czuła się uwięziona w tym miejscu, jak pragnęła czegoś więcej.
Obiecałem, że pomogę jej, jeśli zdecyduje się zmienić swoje życie. Zasugerowałem, że mogłaby podjąć studia zaoczne, znaleźć pracę w mieście. Mówiłem o możliwościach, które czekały na nią poza tymi górami. Ustaliliśmy, że porozmawiamy o tym, gdy będę wracał tą samą drogą za miesiąc.
Po rozmowie, gdy leżeliśmy wtuleni w siebie, jej palce zaczęły leniwie wędrować po mojej klatce piersiowej, rysując niewidzialne wzory na mojej skórze. Spojrzałem na nią – w jej oczach znów zapłonął ten sam żar, który widziałem wcześniej. Uśmiechnęła się lekko, a potem wspięła się na mnie, jej włosy opadły jak kurtyna wokół naszych twarzy. Pocałowała mnie głęboko, z nową pewnością, jej język badał moje usta z niemal dziką pasją. Moje dłonie instynktownie powędrowały na jej biodra, czując, jak porusza się na mnie, drażniąco wolno.
– Chcę cię jeszcze raz – szepnęła, jej głos był niski, niemal chrapliwy od pragnienia.
Nie odpowiedziałem słowami – zamiast tego uniosłem się lekko, pomagając jej pozbyć się resztek ubrań, które jeszcze na sobie miała. Jej ciało, nagie i piękne w świetle lampki, poruszało się z gracją, gdy usiadła na mnie, jej dłonie wsparte na mojej klatce piersiowej. Poczułem ją, ciepłą i gotową, gdy powoli opuściła się na mnie, a ja zamknąłem oczy, oddając się temu uczuciu. Tym razem to ona dyktowała tempo – najpierw powoli, niemal torturująco, a potem coraz szybciej, jej oddech stawał się urywany, a ciche jęki wypełniały pokój. Moje dłonie ściskały jej uda, potem powędrowały wyżej, pieszcząc jej piersi, aż w końcu złapałem ją za biodra, pomagając jej w tym dzikim, pierwotnym rytmie. Gdy dotarła do szczytu, jej ciało zadrżało, a ja poczułem, jak moje własne napięcie eksploduje w fali rozkoszy, która zostawiła nas oboje bez tchu.
Leżała potem na mnie, jej głowa spoczywała na mojej klatce piersiowej, a ja gładziłem jej plecy, czując, jak nasze oddechy powoli się wyrównują. Deszcz wciąż padał, ale w tamtej chwili świat mógłby się zawalić, a my i tak nie zauważylibyśmy tego.
Rankiem burza minęła, choć deszcz wciąż padał. Staliśmy na parkingu, patrząc sobie w oczy, świadomi, że to, co się między nami wydarzyło, zmieniło nas oboje. Pocałowałem ją po raz ostatni.
- Wrócę - szepnąłem.
Skinęła głową, uśmiechając się przez łzy.
Widziałem ją we wstecznym lusterku, stojącą przed zajazdem, aż zniknęła mi z oczu za zakrętem. Moje serce przepełniały smutek i nadzieja.
Ale nie wróciłem. Nie mogłem wrócić.
Dotarłem do obozu, ale tej samej nocy rozpętała się kolejna burza. Silniejsza, bardziej niszczycielska. Zbocze góry osunęło się, niszcząc obóz. Spadające drzewo zmiażdżyło mi nogę. Spędziłem trzy miesiące w szpitalu, a potem czekała mnie długa rehabilitacja. A w międzyczasie wielka powódź zniszczyła doliny i miasta w całym regionie.
Gdy w końcu wyzdrowiałem, minęło zbyt wiele czasu. Życie potoczyło się dalej. Codzienne obowiązki przyćmiły wspomnienie tamtej nocy i tamtej kobiety. Choć czasem, w samotne wieczory, wracałem myślami do przydrożnego zajazdu i Magdy.
WRZESIEŃ 2014
Sześć lat później znalazłem się ponownie na tej samej drodze. Jechałem służbowo do muzeum w K., aby odebrać dokumenty do wystawy. Gdy zobaczyłem znajomy neon, nie mogłem się powstrzymać. Skręciłem na parking.
Zajazd wyglądał tak samo, ale wewnątrz było więcej ludzi. Za ladą stała nieznana mi kobieta. Zapytałem o Magdę. Potwierdziła, że nadal jest właścicielką, i powinna wkrótce wrócić.
Kilkanaście minut później drzwi się otworzyły i weszła ona. Wyglądała dokładnie tak samo, jak wtedy. Za nią wbiegł mały chłopiec, może pięcioletni. Gdy nasze oczy się spotkały, zatrzymała się w pół kroku.
- Tomek? - zapytała cicho, niedowierzająco.
- Cześć, Magda - uśmiechnąłem się niepewnie.
Staliśmy naprzeciw siebie, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu podeszła i objęła mnie. Wtuliliśmy się w siebie, jakby minęły dni, nie lata.
- Magda, minęło ponad sześć lat - powiedziałem, gdy się odsunęła.
- Wiem. Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę.
Usiedliśmy przy stoliku. Chłopiec, który wszedł z nią, podbiegł do nas.
- Chcę żebyś poznał mojego syna, Tomka - powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
- Ma na imię... - słowa uwięzły mi w gardle.
Spojrzałem na chłopca. Miał takie same oczy jak ja. Takie same włosy, lekko kręcone na końcach. Serce waliło mi jak młotem.
- Tak. Zawsze lubiłam to imię - powiedziała cicho. - Bardzo przystojny młody człowiek, nie sądzisz?
- Tak... tak... - wyjąkałem.
Nie musiała nic więcej mówić. Chłopiec poszedł z barmanką po lody, a my zostaliśmy sami.
- Nie jesteś zły, prawda? Ze względu na imię... - zapytała ostrożnie.
- Skądże... nie jestem zły - powiedziałem, starając się zapanować nad emocjami.
- Nigdy nie myślałam, że cię jeszcze zobaczę - powtórzyła. - W czasie powodzi próbowałam się dowiedzieć, co się z tobą stało. Słyszałam o wypadku. Myślałam o napisaniu do ciebie, ale...
- Czy mogę zostawić ci mój numer telefonu, adres? - zapytałem, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Potrząsnęła głową.
- Nie rób tego. Tak będzie lepiej... dla nas obojga. Niech zostanie tak, jak jest. I nie przyjeżdżaj już... proszę.
Popatrzyła na mnie długo, a potem pochyliła się i pocałowała mnie. To trwało zaledwie kilka sekund, ale poczułem w tym pocałunku wszystko, co mogło być, a czego nigdy nie będzie.
CZERWIEC 2020
Klakson samochodowy przywrócił mnie do rzeczywistości. Za oknem wciąż padał deszcz. Na szafce stało zdjęcie mojej żony, Anny. Poznaliśmy się rok po tamtym spotkaniu z Magdą. Była doktorantką na moim wydziale. Pobraliśmy się pięć lat temu i mamy dwójkę wspaniałych dzieci.
Jestem szczęśliwy. Mam kochającą rodzinę, dobrą pracę, stabilne życie. Spełniłem prośbę Magdy - nie wróciłem. Miała rację, tak było lepiej dla nas obojga. I tylko kiedy pada deszcz, kiedy niebo ciemnieje od burzowych chmur, wracam myślami do tamtej nocy z sierpnia 2008 roku i zastanawiam się, co by było, gdyby...
Komentarze (0)
Dodaj komentarz
W tej chwili nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.