Erotales

Weryfikacja wieku

Strona zawiera treści erotyczne przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Czy masz ukończone 18 lat?

 Szkolna wycieczka w Góry - część 3
Opowiadania erotyczne

Szkolna wycieczka w Góry - część 3

#tabu
Erotales
Erotales

To jest kontynuacja opowiadania, przeczytaj wcześniejsze części jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś:

przeczytaj więcej: Szkolna wycieczka w Góry - część 1

przeczytaj więcej: Szkolna wycieczka w Góry - część 2

Ten piekielny piorun, który rąbnął gdzieś blisko, rozstroił ją kompletnie. Uspokojone na chwilę ciało znów zadrżało, a traumy z dzieciństwa wróciły jak bumerang. Tamten strach, gdy jako mała dziewczynka widziała płonące drzewo trafione błyskawicą, ożył w jednej chwili. Idąc z Maćkiem w deszczu, z burzą czającą się na horyzoncie, już się bała, ale nie miała pojęcia, że żywioł uderzy z taką siłą. Gdyby wiedziała, nigdy nie zgodziłaby się zejść sama z nim w dół. Ale ten chłopak… „Niesamowity” to za mało powiedziane. Nigdy nie spotkała dorosłego faceta, który w takiej sytuacji zachowałby tyle zimnej krwi i logiki. Miała się nim opiekować, a kiedy pogoda zwaliła im się na głowy, to on przejął stery. Z chorą nogą, w ulewie, poprowadził ich do schronienia – coś, czego nie zrobiłaby żadna z tych rozhisteryzowanych panienek, które uratował kosztem swojej kostki.

Ewa nie kryła przed sobą, że bez niego nie przetrwałaby tej nocy. Spanikowała, stare demony ożyły, a on stał się jej opoką. W pokoju nauczycielskim jego nazwisko czasem padało – głównie z ust belfra od PO, zawsze w superlatywach. Bagatelizowała to – ot, przysposobienie obronne, bzdurny przedmiot. Teraz widziała, jak bardzo się myliła. To, że Gustaw postawił go z Włodkiem na tyłach grupy, też dawało do myślenia. A chwycenie Kasi, poświęcając zdrowie? To był facet z krwi i kości, choć miał tylko piętnaście lat.

„Gdzie się tacy rodzą i czemu ja takiego nie spotkałam?” – dudniło jej w głowie.

Pierwszy chłopak, z którym poszła do łóżka, pojawił się na pierwszym roku studiów. Zrobiła to z ciekawości, nie z miłości. Patryk, starszy o dwa lata, był przeciętny – ani iskry, ani fajerwerków. Seks bez orgazmu, a on po wszystkim przewrócił się na bok, zostawiając ją rozpaloną i rozczarowaną. Na trzecim roku był student politechniki, dziki i namiętny – szybki numer w klubowej toalecie, bardziej zwierzęcy niż romantyczny. Trzeci, młodszy o rok, z bogatej rodziny – ojciec dyplomata, willa jak z bajki. Fajny, ale jego familia uznała, że wuefistka to nie partia dla panicza. Odpuściła, bo i on nie chciał walczyć.

Żaden z nich nie przeżył z nią nawet ćwierci tego, co tu i teraz. Awaria auta na odludziu? Śmiech. A tamten ostatni jeszcze łapy pod sukienkę wsadzał, bredząc o „seksie stulecia”. Żenada. Maciek był z innej ligi – gówniarz, a zdominował ją w tej ekstremie. Poddała się jego poleceniom bez oporu – gdy kazał zdjąć mokre ciuchy, zrobiła to, bo miał rację. Hormony w nim buzowały, to jasne, ale nie przekroczył granicy. Jej byli? Na widok nagiej, wystraszonej baby myśleliby tylko o jednym, a potem zwalili winę na nią – „sama chciałaś”, „to normalne”. Maciek był inny – troskliwy, opanowany, jak partner, nie predator.

Szczyt przyszedł, gdy burza wróciła, a piorun huknął obok. Straciła głowę, wtuliła się w niego jak dziecko. Dla nastolatka to musiało być i podniecające, i krępujące. Wcześniej, przy badaniu stopy, kątem oka widziała jego wzwód – najpierw w spoczynku, potem nabrzmiały. Ale on nie grał cwaniaka, nie szarżował. Po incydencie z myszą, gdy stała przed nim naga, uznała, że dalsze zasłanianie się nie ma sensu. W kulminacyjnym momencie burzy dał jej bliskość, ciepło, bezpieczeństwo – słowa, głaskanie, pocałunki na barku. Chronił ją, a nie ona jego. „Czy któryś z moich eksów by tak zrobił?” – pytała siebie. „Żaden” – odpowiedź była błyskawiczna.

Naturalny, trochę niesforny erotycznie, ale dojrzały jak na swój wiek. Opiekuńczy, odważny, rzutki, delikatny – czy to źle o nim świadczyło? Nie. Zdała sobie sprawę, że ocenianie facetów po ciuchach i wyglądzie to ślepa uliczka. Kto z jej eksów ogarnąłby mapę i busolę? Kto spaliłby pięćset koron, by rozniecić ogień dla obcej baby? Kto nie wykorzystałby takiej sytuacji? „Nie znam nikogo takiego” – pomyślała.

W jego ramionach czuła się bezpieczna jak nigdy. Żaden z jej facetów nie dał jej takiego poczucia – a ten „gówniarz” tak. Przestała myśleć o nim jak o dzieciaku. Łączył delikatność, subtelność i coś nieuchwytnego, ale dobrego.

Burza oddalała się. Wtulona w niego przyjmowała niewinne pocałunki na bark, szeptane słowa, głaskanie po włosach. Strach odpływał, stres się rozładowywał. Rozprostowała się, już nie drżała. On trzymał ją lżej, ale wciąż blisko. Musiała podziękować mu za wszystko – w jedyny sposób, jaki przyszłł jej do głowy.

Bez oporów odpowiedziała pocałunkami na jego pocałunki. Wiedziała, gdzie musnąć ustami, by sprawić mu przyjemność. Najpierw delikatnie brodawki, potem łapczywie tors, drażniąc językiem sutki – stwardniały, co ją zaskoczyło. Poddał się temu. Chwyciła jego dłonie i położyła na swoich pośladkach – chciała mu coś dać za to, co dla niej zrobił. Nic innego nie przyszło jej na myśl. Odrzuciła bariery nauczyciel-uczeń – żaden podręcznik nie przewidział tej sytuacji. Musiała też rozładować własny stres. Przytrzymując go na plecach, usiadła na nim okrakiem. Koc zsunął się – oboje nadzy. Patrzył na nią wielkimi oczami.

– Ciii, nic nie rób – szepnęła, kładąc palec na jego ustach.

Na jego brzuchu miała kontrolę. Bez skrępowania położyła jego dłonie na swoich piersiach. Uniosła się na kolanach, lewą ręką chwyciła sztywnego penisa i skierowała ku sobie. Końcówką musnęła wargi sromowe, drażniąc się chwilę. Potem nakierowała go na pochwę i powoli opuściła biodra.

Maciek zamarł. Jej ruchy były pewne, płynne – jak w transie. Czuł ciepło jej ciała, wilgoć, która otuliła go, gdy weszła na niego. Serce waliło mu jak młot, ale nie protestował – nie śmiał. To, co się działo, wykraczało poza wszystko, co znał. Jej piersi pod jego dłońmi, jej oddech na twarzy, rytm jej bioder – to był inny świat. Nie myślał o granicach, o tym, że jest uczniem, a ona nauczycielką. Liczyło się tylko tu i teraz – ona, on, i ta chwila, która spajała ich w jedno. Burza cichła, ale w środku chatki szalał inny żywioł.

Oboje wydaliśmy z siebie cichy, mimowolny jęk, gdy jej ciało przyjęło mnie w siebie. Byłem jak sparaliżowany – nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ewa poruszała się z pewnością, powoli opuszczając biodra, a ja czułem, jak każdy jej ruch otula mnie ciepłem i wilgocią. Moje dłonie instynktownie zataczały kręgi na jej piersiach, miękkich i ciepłych pod palcami. Przymknąłem oczy, oddając się temu, co robiła – kobieta, która w jednej chwili stała się dla mnie wszystkim. W najdzikszych marzeniach nie wyobrażałem sobie czegoś takiego. Penis zagłębiał się w niej coraz bardziej, aż w końcu wypełnił ją cały. Zaczęła poruszać miednicą – delikatnie, rytmicznie, jakby prowadziła taniec, w którym ja byłem tylko wdzięcznym partnerem. Jej dłonie wsparte na mojej klatce piersiowej drażniły moje sutki, a jej spojrzenie – intensywne, z lekkim uśmiechem i przygryzioną wargą – przeszywało mnie na wylot. Burza na zewnątrz cichła, ale w tej małej chatce rozpętał się nasz własny sztorm – pełen namiętności i pragnienia.

– Ewo… – szepnąłem, nie panując nad sobą.

– Cicho, nie bój się, wszystko jest dobrze – odpowiedziała miękko, kładąc palec na moich ustach.

To był mój pierwszy raz. Ona była pierwszą kobietą, z którą dzieliłem coś tak intymnego, i jej pewność siebie była dla mnie wybawieniem. Gdyby to ja miał prowadzić, pewnie spieprzyłbym wszystko – za dużo emocji, za mało doświadczenia. Ale Ewa trzymała stery, a ja poddawałem się jej woli, nie myśląc o sprzeciwie. Jej ruchy nabrały tempa, biodra zaczęły pracować szybciej, głębiej. Oboje oddychaliśmy ciężko, wciągając powietrze w rytmie tej bliskości, która przeszywała nas przyjemnością.

Zaciskałem wargi, czując, jak dreszcz podniecenia przebiega mi po plecach. Moje ręce krążyły po jej piersiach, czasem muskając stwardniałe brodawki – to wszystko, na co mogłem się zdobyć w tej pozycji. Ona była mistrzynią tej chwili, dyktowała rytm, głębokość, intensywność. Z wolnych, ostrożnych ruchów przeszła w coś bardziej zdecydowanego – biodra kołysały się w górę, w dół, na boki, a ja czułem, jak jej ciało reaguje, jak mięśnie w środku zaciskają się wokół mnie. Serce waliło mi jak oszalałe, krew dudniła w skroniach – to musiało być widać na mojej twarzy.

– Och! Aaah! – wyrywało się nam co chwilę, jakby słowa same uciekały z gardeł.

Ewa jęczała coraz głośniej, jej ruchy stawały się niemal dzikie, pełne siły. Czułem, że zbliżam się do granicy – fala rozkoszy nadciągała jak lawina. Próbowałem poruszać biodrami, ale to ona miała kontrolę, a ja byłem tylko pasażerem w tym szaleństwie. Nagle wszystko eksplodowało – dreszcz przeszył mnie od stóp po czubek głowy, mięśnie napięły się jak struny, a ja poczułem, jak wylewam się w nią, nie panując nad sobą.

– Aaaah! Ooooh! – krzyczałem, wijąc się pod nią w ekstazie.

Jej ruchy nie zwalniały – były gwałtowne, nieposkromione. Czułem, jak jej ciało drży, słyszałem jej głośne westchnienia rozkoszy.

– Tak! O tak, jeszcze! – wyrzuciła z siebie, nie kryjąc niczego.

Wiedziała, że ja już doszedłem – mój penis wciąż był twardy, wciąż oddawał ostatnie krople, ale wiedziałem, że zaraz opadnie. Ona jednak nie przerywała. Nagle jej plecy wygięły się w łuk, całe ciało zadrżało w konwulsjach. Jęczała głośno, a ja patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany – to był pierwszy raz, gdy widziałem coś tak pięknego, tak pierwotnego. Po chwili opadła na mnie, dysząc ciężko. Jej serce biło jak oszalałe, czułem je na swoim torsie. Objąłem ją delikatnie i zacząłem gładzić jej wilgotne włosy.

– Dziękuję, to było niesamowite – szepnąłem jej do ucha.

Oddychała głęboko, jeszcze nie odpowiadając. Oboje wracaliśmy do siebie po tym, co się stało. Po chwili uniosła biodra, prawą ręką chwyciła mojego już mięknącego penisa i wyciągnęła go z siebie, kładąc się obok.

– Boże, co ja zrobiłam… Pójdę za to do piekła – mruknęła, bardziej do siebie niż do mnie.

– Nie pozwolę na to – odparłem i po raz pierwszy pocałowałem ją w usta.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przez cały ten czas – mimo tej bliskości – nie całowaliśmy się w usta. Zapragnąłem tego nagle, jakby to miało przypieczętować wszystko. Spojrzała na mnie ciepło, z czymś miękkim w oczach.

– Czuję, że cały stres ze mnie zszedł – powiedziała cicho, a w jej głosie nie było już śladu paniki.

– Połóż się wygodnie i zaśnij. Ruszamy o świcie, musimy odpocząć – zaproponowałem, tuląc jej głowę do swojej piersi.

– Dziękuję ci… za wszystko, za to też – odpowiedziała, układając się wygodnie z głową na mojej klatce.

– Śpij, kochanie – szepnąłem.

Wtuliła się mocniej. Nakryłem nas kocem – w chatce zrobiło się ciepło, deszcz zelżał do cichego kapania, a burza odpłynęła w dal. Czułem jej oddech, bicie serca. Wiedziałem dokładnie, kiedy zasnęła – jej ciało rozluźniło się, oddech stał się równy. Czekałem jeszcze chwilę, nie chcąc jej budzić. Musiałem dołożyć drewna do pieca. Gdy upewniłem się, że śpi głęboko, delikatnie wysunąłem się spod niej, ułożyłem ją na pryczy i okryłem szczelnie kocem. Dorzuciłem solidny kawał drewna – ogień wciąż się tlił, a po chwili buchnął nowym płomieniem.

Usiadłem przy stole i patrzyłem na nią – śpiącą, spokojną, piękną. Coś we mnie pękło. Poczułem uczucie, którego nigdy wcześniej nie znałem, i zrozumiałem, że się w niej zakochałem. Łzy same napłynęły mi do oczu – płakałem ze szczęścia, po raz pierwszy w życiu. Siedziałem tak do świtu, co jakiś czas dokładając drewna, pilnując jej snu. Raz wyszedłem za potrzebą – latarka padła koło trzeciej, baterie się wyczerpały. Świt przyszedł wcześnie, jak to w maju – koło piątej. Nie dorzucałem więcej do pieca, sprawdziłem ubrania – były suche. Ubierałem się powoli, wyszedłem na zewnątrz, by złapać oddech i podziwiać wschód słońca.

Dzień wstawał piękny, słoneczny. Ptaki darły się jak oszalałe. Oddaliłem się kawałek od chatki, szukając wody. Znalazłem strumyk jakieś trzysta metrów dalej – wyglądał czysto, ale na wszelki wypadek miałem w plecaku tabletki od PO-wca do uzdatniania. Napełniłem manierkę i wróciłem. Ewa spała jak kamień. Nie chciałem jej budzić, ale musieliśmy ruszać. Coś się we mnie zmieniło – od wczoraj byłem inny, pełniejszy. Wspominałem tę noc, nasz akt, i robiło mi się ciepło na duszy. Wiedziałem, że to kobieta mojego życia. Różnica wieku? Nie obchodziła mnie. Co mogły mi dać rówieśniczki, które miały w głowach chaos jak po wichurze?

– Wstawaj, kochanie. Czas ruszać – powiedziałem cicho, gładząc ją po twarzy.

Nie mogłem się powstrzymać – zanim otworzyła oczy, pocałowałem ją w policzek.

– Już? – mruknęła, przecierając oczy.

– Tak, piąta. Świt. Ubrania wyschły, masz je na stole – odparłem.

Wyciągnąłem z plecaka ostatnią konserwę – salceson. Nie przepadałem za nim, ale burczało nam w brzuchach, a przed trasą trzeba było się posilić. Rozłożyłem suchary, nałożyłem na nie kawałki mięsa. Ewa wstała, ubrała się i wyszła na chwilę – pewnie za potrzebą. Wróciła po minucie.

– Tylko salceson mi został – powiedziałem przepraszająco.

– Lubię salceson – odparła z uśmiechem.

Jedliśmy w milczeniu, popijając wodą z manierki. Ogień w piecu zgasł.

– Wyspałeś się? – zapytała.

Nie chciałem jej okłamywać. Nie po tym wszystkim.

– Nie spałem. Musiałem pilnować pieca – przyznałem.

Przyjrzała mi się uważnie.

– Maciek, co się dzieje? Jesteś jakiś dziwny – rzuciła, marszcząc brwi.

Chciałem jej powiedzieć, ale jeszcze nie teraz.

– Ewo, kocham cię – wypaliłem prosto z mostu.

Zamarła. Jej oczy zrobiły się wielkie, jakby nie dowierzała. Przez chwilę milczała, wpatrując się we mnie.

– Wiedziałam… Wiedziałam, że nie powinnam. Przepraszam, to nie powinno się stać – wyrzuciła z siebie, a ja poczułem, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę.

Nie takiej reakcji się spodziewałem.

– Ewo, co ty mówisz? Jesteś najwspanialszą kobietą, jaką znam. To, co się wczoraj stało, to najpiękniejsza rzecz w moim życiu – odparłem, czując, jak głos mi drży.

– A ile ty znasz kobiet? Z iloma byłeś? – rzuciła ostro.

– Tylko z tobą. Byłaś pierwsza i jedyna – odpowiedziałem szczerze.

Wstała gwałtownie, chwytając się za głowę.

– Boże, ja cię jeszcze rozprawiczyłam! Co ze mnie za idiotka! – krzyknęła i rozpłakała się.

Podszedłem do niej, ująłem jej twarz w dłonie.

– Nie płacz. Kocham cię i nic na to nie poradzę. Zrozumiałem to wczoraj, patrząc, jak śpisz. Płakałem ze szczęścia, pierwszy raz w życiu – wyznałem i pocałowałem ją w usta.

Cofnęła się o krok.

– Maciek, ja mam dwadzieścia pięć lat, ty piętnaście. Co ty wiesz o miłości? Przeżyłeś coś ze mną i tyle. Pomyśl – to nie ma sensu. Poznasz młodsze dziewczyny… – rzuciła mi w twarz, a jej słowa bolały jak sztylety.

– Może mało wiem o miłości. Może tyle, co ty o szlakach. Ale wiem, co czuję teraz i co czułem wczoraj – przerwałem jej.

Płakała, przeklinając siebie za to, co się stało. Czuła się winna.

– Powiedz, że nic dla ciebie nie znaczę. Że mnie wykorzystałaś. Powiedz to szczerze, patrząc mi w oczy – rzuciłem, stawiając wszystko na jedną kartę.

Zamilkła. Wpatrywała się we mnie zapłakanymi oczami, a ja czułem, że tego nie powie. Nie była taka. Staliśmy naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Czekałem, a w niej coś się przewalało.

– Nie, to nie tak – szepnęła w końcu.

Rzuciłem się do niej, objąłem ją mocno i zacząłem całować – nie pytając, nie czekając. Całowałem, jak umiałem, wkładając w to całe serce.

– Kocham cię! Kocham cię! – powtarzałem między pocałunkami.

Nie stawiała oporu. Oddała pocałunki, a my staliśmy się jak para zakochanych – spleceni, szczęśliwi.

– Kocham cię – usłyszałem od niej, i niemal eksplodowałem z radości.

Czułości i pocałunki trwały jeszcze chwilę, ale musieliśmy ruszać. Posprzątaliśmy chatkę, zostawiając ją w stanie, w jakim ją zastaliśmy, i wyszliśmy. Zarzuciłem plecak.

– Prowadź – rzuciła z uśmiechem.

– Postaram się tak dobrze, jak ty wczoraj – odparłem, puszczając jej oko.

Roześmialiśmy się głośno. Ruszyliśmy w dół czerwonego szlaku. Kostka bolała mniej, ale szliśmy ostrożnie – szlak po deszczu był śliski. Przez całą drogę gadaliśmy. Opowiedziała mi o swojej traumie z burzą, przyznała, że boi się węży, ale pająki i żaby jej nie ruszają. Ja mówiłem o sobie – o pasjach, o planach. Szczęśliwi pokonywaliśmy trasę.

– Słuchaj, musimy wymyślić historię dla reszty. Coś, co kupią bez podejrzeń – rzuciła na postoju.

Miała rację. Po kilkunastu minutach mieliśmy plan – spójny, wiarygodny. Po trudniejszym odcinku wyszliśmy na szeroką łąkę.

– Uważaj, wąż! – krzyknąłem, choć żadnego węża nie było.

– Gdzie?! – pisnęła, rzucając mi się w ramiona.

– Tu, w spodniach. Jadowity – zaśmiałem się, kierując jej dłoń na moje krocze.

– Wariat z ciebie, i to zboczony – odparła, śmiejąc się.

Znowu się całowaliśmy. Wsunęła rękę pod moje spodnie, dotykając mnie, a ja chwyciłem jej pierś przez dres.

– Zboczeniec z ciebie, wiesz? – szepnęła.

– To ty mnie takim zrobiłaś – rzuciłem z uśmiechem.

Może coś by się zadziało na tej łące, ale z naprzeciwka nadchodzili dwaj turyści. Przerwaliśmy pieszczoty, pozdrowiliśmy ich i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do końca szlaku – do szkoły było już niedaleko.

– Maciek, błagam, nikomu ani słowa… – zaczęła.

– Ewo, ranisz mnie tym – uciąłem krótko.

Nie miałem zamiaru rozpowiadać, że spałem z Ewą. Nie w tej sytuacji – to było zbyt osobiste, zbyt nasze. Ku naszemu zaskoczeniu, gdy dotarliśmy do parkingu przed szkołą, stał tam nasz autokar. Wędrówka dobiegła końca. W sekretariacie szkoły wszyscy zrobili wielkie oczy na nasz widok. Szybko wezwano kierowcę i zaproponowano, że podwiezie nas do miejscowego szpitala.

– Co wy tu robicie? – zapytał zdziwiony kierowca, mierząc nas wzrokiem.

Ewa zaserwowała mu zgrabną historyjkę: skręciłem kostkę, pomogło nam dwóch słowackich turystów, u których przenocowaliśmy, a oni rano podrzucili nas pod szkołę.

– Gdyby nie ci Słowacy, których spotkaliśmy na szlaku, pewnie spędzilibyśmy noc w lesie, w deszczu – zakończyła swoją opowieść, brzmiąc przekonująco.

Kierowca połknął to bez mrugnięcia okiem. Powiedział, że dostał telefon z milicji – reszta grupy utknęła w schronisku z powodu burzy i miał ich odebrać koło południa z umówionego miejsca. Dlatego nocował w szkole. O nas nikt mu nie wspomniał.

– Zapomnieli o nas. Mieli nas w nosie! – rzuciła Ewa, wsiadając do starej skody 105 razem ze mną i pracownikiem szkoły.

Pojechaliśmy do szpitala. Przyjęli mnie szybko – diagnoza Ewy się potwierdziła: skręcenie pierwszego stopnia. Dostałem leki przeciwzapalne, posmarowali mi stopę jakąś maścią, a potem wpakowali ją w gips. Dla mnie góry się skończyły. Wróciliśmy do szkoły, gdzie w autokarze czekały nasze torby. Przebraliśmy się w świeże ciuchy w szkolnych toaletach. Przed jedenastą, po ciepłym posiłku na stołówce i podziękowaniach za pomoc, ruszyliśmy odebrać resztę grupy. W drodze milczeliśmy. Ewa prosiła, żebyśmy nie okazywali sobie bliskości – mieliśmy trzymać się roli nauczycielki i ucznia. Zgodziłem się, choć serce mi pękało. Chciałem jej dotyku, jej zapachu, jej ciepła.

– Boże, jak dobrze was widzieć! – wykrzyknął pan Marek, gdy tylko nas zobaczył.

Widać było, że kamień spadł mu z serca. Uściskał mnie, cmoknął w czoło, Ewę też. Klasa ładowała się do autokaru – oni też się cieszyli. Kuba od razu przysiadł się do mnie, klepiąc mnie po ramieniu.

– Dawaj, opowiadaj! – rzucił z entuzjazmem.

Sprzedałem mu naszą bajeczkę, tę samą, którą ustaliliśmy z Ewą. Ona rozmawiała z panią Heleną – ich pogawędka trwała dłużej niż moja relacja dla Kuby. Pan Marek siedział obok i słuchał mojej wersji. Gdy skończyłem, Kuba opowiedział, co działo się u nich.

– W szkole nic nie wiedzieli o waszym zejściu? – zapytał pan Marek, marszcząc brwi.

– Nie, nikt nie miał pojęcia. Kierowca też był w szoku – odparłem.

Westchnął ciężko.

– Mieliście więcej szczęścia niż rozumu. Podaliśmy przez radio, że schodzicie, i powiedzieli nam, że wszystko gra. Wygląda na to, że milicja nie złapała, o co chodzi – mruknął.

Autokar ruszył, a w środku rozległ się harmider. Niektórzy narzekali na niewygody w schronisku – spanie na podłodze, twarde prycze. Słuchałem tego z lekkim uśmiechem, nie zerkając nawet na Ewę. Gdy pani Helena skończyła z nią rozmawiać, podeszła do mnie.

– Dobrze cię widzieć, Maćku. Pani Ewa bardzo cię chwaliła – że słuchałeś jej poleceń. Szczęście, że ci Słowacy wam pomogli, przynajmniej mieliście normalne warunki, nie jak my – rzuciła.

Ledwo powstrzymałem śmiech. Biedna pani Helena, taka umęczona spaniem na pryczy, w suchym ubraniu i pod dachem. Owszem, słuchałem Ewy – w jednej, bardzo szczególnej kwestii – ale gdyby wychowawczyni wiedziała o tym, padłaby na miejscu.

– Tak, mieliśmy szczęście – bąknąłem, chcąc uciąć tę rozmowę.

Wróciła do Ewy, a my wkrótce dotarliśmy do schroniska młodzieżowego. Wysiadałem ostatni, kulejąc za grupą. Kuba zabrał moje rzeczy – pan Marek kazał mu zająć pokój. Ale coś gryzło naszego przewodnika. Zatrzymał się i czekał, aż do niego dojdę.

– Maciek, takim bajerem to możesz nabrać Kubę, ale nie mnie. Nawet z pomocą nie zeszlibyście niebieskim szlakiem przed burzą. Powiedz mi prawdę, bo gryzie mnie sumienie, że was puściłem – wypalił prosto z mostu.

Szanowałem go, ale obiecałem Ewie milczenie.

– Proszę zawołać panią Ewę – powiedziałem.

Marek krzyknął na nią, a ona zawróciła. Staliśmy we trójkę. Powtórzył swoje pytanie.

– Ale musi pan przysiąc, że nikomu pan nie powie – zastrzegła Ewa.

– Przysięgam, zostaje między nami – zapewnił.

– Nocowaliśmy w szałasie na niebieskim szlaku. Spanikowałam, i gdyby nie Maciek, nie wiem, co by ze mną było. To on się mną opiekował, nie ja nim. Znalazł to miejsce, rozniecił ogień, dał mi jeść, uspokajał. Dzięki niemu żyjemy – wyznała.

– Tak myślałem! Chłopaku, spisałeś się jak bohater. Musieliście tam przejść piekło – odparł Marek.

– Zlało nas na amen… – zacząłem.

– Ale na szczęście mieliśmy zapasową bieliznę – wtrąciła szybko Ewa, ratując sytuację.

Ugryzłem się w język i zamilkłem. Ruszyliśmy we trójkę do schroniska.

Do końca wycieczki jeździłem z kierowcą. Z Ewą zamienialiśmy tylko zdawkowe słowa – oboje byliśmy ostrożni, może za bardzo. Kuba, ciekawski jak zawsze, wypytywał, jak to było z nią na szlaku. Pan Marek dotrzymał słowa i nie puścił pary z ust. Zbywałem Kubę półsłówkami. Po powrocie do domu nosiłem gips jeszcze pięć dni.

Zbliżał się komers – nasza ostatnia klasowa impreza. Można było przyjść z kimś lub solo. Zgłosiłem, że będę z osobą towarzyszącą.

W piątkowe popołudnie, w dniu zabawy, siedziałem przy stole w ponurym nastroju. Nic mnie nie cieszyło. Tydzień wcześniej poszedłem do kantorka przy sali gimnastycznej. Czekałem, aż młodsi uczniowie opuszczą szatnie, zapukałem i wszedłem po jej „proszę”. Ewa, w sportowym dresie, układała piłki na stojaku.

– Prosiłam, żebyś nie przychodził w szkole. Po co nam plotki? – powitała mnie chłodno.

Od wycieczki widzieliśmy się raz – krótko, bez emocji. Ciągle próbowała wybić mi nas z głowy. Każde jej słowo bolało jak cios.

– Musiałem. Nie wiem, gdzie mieszkasz, nie chcę cię śledzić – odparłem.

Zbliżyłem się, pragnąc jej dotknąć, pocałować. Cofnęła się, jakby czytała mi w myślach.

– Nie! Oszalałeś? Nie tu, nie teraz – syknęła.

Wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem zaproszenie.

– Chciałbym cię zaprosić na komers – wydukałem.

Spojrzała na mnie dziwnie, badawczo.

– Zwariowałeś? Rozmawialiśmy o tym, Maćku. To zauroczenie, szczeniacka miłość do nauczycielki. Uwierz mi, minie ci. Skończyłeś podstawówkę, pójdziesz do technikum, poznasz kogoś w swoim wieku. Za pół roku będziesz się z tego śmiał – mówiła cicho, ale stanowczo.

Czułem, jakby ktoś dźgał mnie w serce. Pokręciłem głową, a łzy napłynęły mi do oczu.

– Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że to ty jesteś tą jedyną? Nie chcę nikogo innego – zapytałem, ledwo panując nad sobą.

Widziała, że mnie rani. Zmiękła na moment.

– Żyję dłużej, mam doświadczenie. Też coś do ciebie czuję, ale ten związek nie ma przyszłości – odparła.

Położyłem zaproszenie na stole. Patrzyłem jej w oczy, a ona unikała mojego wzroku. Wzięła kartkę i wcisnęła mi ją z powrotem.

– Załóżmy, że pójdę. Wiesz, co się tu będzie działo? Będę na językach, złamię niepisaną zasadę nauczyciel-uczeń – tłumaczyła.

– Gówno mnie obchodzą zasady! Gdybyś tam, w burzy, trzymała się zasad, może by nas już nie było. I po drugie, nie jestem już uczniem tej szkoły – te zasady to przeszłość – wypaliłem w złości.

Milczała chwilę. Nie wziąłem zaproszenia.

– Nie mogę. Zaproś kuzynkę, koleżankę, kogokolwiek – powiedziała cicho.

Pokręciłem głową. Inna osoba? Nie wchodziło w grę. Rozmowa nie miała sensu.

– Rób, co chcesz. Ale wiedz, że dla ciebie zrobiłbym wszystko – rzuciłem i wyszedłem.

Słyszałem, jak coś mówi, ale szedłem korytarzem, nie oglądając się za siebie.

Ta rozmowa wciąż mnie dręczyła. W piątek, ubrany w granatowy garnitur, białą koszulę, wąski krawat i czarne buty, siedziałem przy stole przybity. Obok Kuba z kuzynką – wiedział, że miałem przyjść z kimś, i ciekawość go zżerała. Widząc mnie samego i w kiepskim humorze, zapytał:

– Co się stało?

– Nic. Po prostu nie mogła – burknąłem.

Mruknął coś o życiu i nie drążył. Gdyby Ewa uczyła nas WF-u, byłoby łatwiej – wszyscy nasi nauczyciele byli zaproszeni. Ale ona nie prowadziła naszej klasy. Sala gimnastyczna tętniła radością – dziewczyny w eleganckich sukienkach, chłopaki w garniturach, pedagodzy w stonowanych strojach. Polonez miał zacząć bal, zostało trochę czasu. Smutny i zrezygnowany, planowałem zwiać stąd jak najszybciej. Rodzice myśleli, że idę z koleżanką – z kieszonkowego i zbiórki makulatury uzbierałem na jej bilet. Nagle ktoś dotknął mojego ramienia. Obróciłem się gwałtownie. Stała tam Anka – ta, przez którą skręciłem kostkę.

– Może zatańczymy poloneza? Widzę, że jesteś sam, tak jak ja – zaproponowała Anka, ubrana w krótką sukienkę mieniącą się cekinami.

Tańczyć z tą dziewuchą? To ostatnia rzecz, na jaką miałbym ochotę. Owszem, to przez nią – pośrednio – zakochałem się w Ewie, ale taniec z Anką czułbym jak zdradę.

– Kostka mnie jeszcze boli. Chyba pamiętasz, dlaczego – rzuciłem z przekąsem.

Zamurowało ją. Odwróciła się na pięcie i odeszła. Może byłem za ostry, ale żalu nie czułem. Jedno zdanie i miałem spokój na resztę wieczoru.

– Aleś jej przygadał! – skomentował Kuba z uśmieszkiem.

Rozglądałem się po sali – koledzy i koleżanki śmiali się, tryskali energią, cieszyli życiem. A ja? Czułem się jak zgorzkniały starzec, niepasujący do tej radości. Impreza miała zaraz się zacząć, a pani Helena krążyła między nami, dobierając pary tym, którzy przyszli sami. Wiedziałem, że i mnie nie ominie.

– O, Maciek, ty sam? Miałeś być z kimś – zaczęła.

– Tak wyszło – odparłem krótko.

Za jej plecami stała Anka. Nie odpuszczała.

– Zobacz, Anka też sama. Zatańczycie razem poloneza – zaproponowała wychowawczyni.

Podniosłem na nie wzrok. Nawet nie chciało mi się ruszyć.

– Chętnie bym to zrobił, ale z bolącą kostką i taką partnerką mógłbym skręcić drugą. Nie, dziękuję, nie zaryzykuję – warknąłem, nie kryjąc złości.

Anka rozpłakała się i odbiegła. Pani Helena zamarła, Kuba i jego kuzynka gapili się z otwartymi ustami.

– Maciek, opanuj się! Idź ją przeprosić, popatrz, co narobiłeś – nakazała mi.

– Mówiłem jej wcześniej łagodnie, nie zrozumiała. Teraz na pewno dotarło – odparłem twardo.

Nie zamierzałem nikogo przepraszać ani tańczyć na siłę. Anka mogła sobie marzyć, ale ja nie byłem niczyją zabawką. Nikt inny nie chciał z nią zatańczyć – podobnie jak z jej kumpelą Olą, którą pani Helena wepchnęła Tomkowi. Chłopak ugiął się, ale mina mówiła wszystko.

– Ej, kto to? Jakaś laska przyszła! – rzucił Sławek zza stołu.

Siedziałem tyłem do drzwi. Wychowawczyni chciała coś powiedzieć, ale słowa Sławka przyciągnęły uwagę wszystkich. Odwróciłem się powoli i wstałem jak rażony piorunem. W wejściu stała Ewa. W czarnej, ołówkowej sukience do kolan wyglądała oszałamiająco. Obcisły krój podkreślał jej kształty, dekolt w karo eksponował szyję i biust, a całość dopełniały cieliste rajstopy i czarne szpilki. Stała tam, rozglądając się po sali.

– To przecież wuefistka Ewa! – zawołał Kuba.

Zamarłem, nie wiedząc, co robić. W sekundę z przybitego chłopaka stałem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Chciałem krzyczeć z radości.

– Co ona tu robi? Nie była zaproszona – zdziwiła się pani Helena.

– Mylisz się, była – rzuciłem i ruszyłem ku niej.

Kuba potem opowiadał, że wychowawczyni stała z otwartą buzią. Szedłem szybko, ale w połowie drogi znów zaczepiła mnie Anka.

– Maciek, może jednak… – zaczęła.

– Sorry, właśnie przyszła moja partnerka – odparłem, promieniejąc.

Ewa mnie zauważyła i uśmiechnęła się. Nigdy nie widziałem jej tak – w eleganckim stroju, z makijażem. Stanąłem przed nią, gapiąc się jak na cud. Te brązowe oczy, rozpuszczone włosy, subtelny makijaż, czerwona pomadka, paznokcie – wszystko idealne. Zarumieniła się i zbliżyła do mnie.

– Miałeś rację. Pieprzyć zasady! – szepnęła i cmoknęła mnie w policzek.

– Jesteś… – zacząłem.

– Cicho, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze – przerwała, kładąc palec na moich ustach, jak tamtej nocy w chatce.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że sala ucichła – wszyscy na nas patrzyli. Zrobiło się niezręcznie, a jeszcze bardziej, gdy Kuba, Sławek i paru innych zaczęło klaskać. Dotarłem z Ewą do stołu, gdzie wciąż stała pani Helena.

– Pani Ewo, może dołączy pani do nas, do stolika nauczycielskiego? – zaproponowała.

– Pani Heleno, Maciek mnie zaprosił, tu moje miejsce. Nie przyszłam jako nauczycielka – odparła spokojnie.

Reszta klasy – poza Anką i Olą – dołączyła do braw. Rumieńce paliły nam twarze.

– No to polonez! – rzuciła wciąż oszołomiona wychowawczyni.

– Stary, rozwalasz system! Szacun! – klepnął mnie Kuba.

Ewa odłożyła małą torebkę, ująłem ją pod ramię i poprowadziłem na parkiet. Ustawiliśmy się do tańca. Patrzyłem na nią – piękną, niesamowitą.

– Jesteś wielka – szepnąłem po polonezie, całując jej dłoń.

– Miłość to potężna siła. Przekonałam się dzięki tobie – odpowiedziała cicho.

– Kocham cię, wiesz? – wyznałem po raz kolejny.

– Wiem. Ja też cię kocham, dlatego tu jestem – odparła.

Przy stoliku pedagogów aż huczało od rozmów. Nie zwracaliśmy na to uwagi, ale dziwiło mnie, że ona jest taka spokojna.

– Nie boisz się, że cię teraz rozszarpią? – spytałem, wskazując ich kątem oka.

– Mam to gdzieś. Od września idę do liceum medycznego, znajoma mi załatwiła. Same dziewczyny w klasach, nie masz się czym martwić. Co mi zrobią? Obgadają? I tak nazywają mnie „starą panną”. Nie pasuję do tych wapniaków – rzuciła z uśmiechem.

Zagrali wolny utwór. Zaprosiłem ją do tańca.

– Poczekaj. Weź tę dziewczynę, przez którą skręciłeś kostkę. Gdyby nie ona… – poprosiła.

Wiedziałem, co ma na myśli. Podszedłem do Anki.

– Zatańczymy? – zapytałem.

Skinęła głową. Po tańcu wróciłem do Ewy. Zatańczyliśmy jeszcze kilka razy, ale przy wolnych kawałkach nie mogłem jej przytulić – za bardzo byliśmy na celowniku. Gdy zrobiło się ciemniej, postanowiliśmy się urwać.

– Ty idź pierwszy, ja za chwilę. Czekaj na przystanku – zdecydowała.

Zrobiłem, jak chciała. Kwadrans po moim wyjściu dołączyła. W końcu mogłem ją pocałować – namiętnie, w usta.

– I co teraz? – spytałem, napawając się jej smakiem.

– Jedziemy do hotelu. Ja płacę – rzuciła bez wahania.

Iskrzyło między nami jak nigdy. Podniecenie narastało. Po kwadransie przyjechał autobus, po kolejnym staliśmy w recepcji.

– Dwa pokoje jednoosobowe. Jeden dla mnie, drugi dla kuzyna, na jedną noc – skłamała płynnie.

W hotelu było pusto, nikt nie zwracał na nas uwagi. Dostaliśmy pokoje na piątym piętrze. W windzie zaczęliśmy się całować i pieścić. Byłem głodny jej bliskości – objąłem ją, wsunąłem rękę pod sukienkę, wdychając delikatny zapach jej perfum.

– Pragnę cię – szepnąłem, a moja dłoń wędrowała wyżej.

Nie miała rajstop, tylko pończochy z koronką – to mnie nakręciło jeszcze bardziej. Winda zadzwoniła, poprawiła sukienkę i wyszliśmy. Na korytarzu sprawdziła, czy nikogo nie ma.

– Chodź – rzuciła i wciągnęła mnie do pokoju.

Gdy zamknęła drzwi, rzuciłem się na nią. To nie był delikatny seks jak w chatce – byliśmy jak zwierzęta, spragnieni siebie. Rozbieraliśmy się nawzajem – ja szarpałem się z zamkiem jej sukienki i stanikiem, ona mi pomogła. Stałem nagi, ona w samych pończochach, ciuchy walały się po podłodze.

– Jesteś jeszcze piękniejsza niż wtedy – powiedziałem szczerze.

– Chodź, chcę cię – rzuciła zmysłowo, chwytając mojego sterczącego penisa.

Pchnęła mnie na łóżko. Trzymała coś w dłoni.

– Dopóki nie będziesz pełnoletni, ja tu rządzę – oznajmiła, otwierając prezerwatywę.

– Nie chcę jeszcze dziecka, mam dni płodne – dodała, zakładając ją zręcznie.

Kochaliśmy się jak szaleni. Nie było w tym subtelności – tylko dzika namiętność. Zagryzała dłoń, tłumiąc jęki. Była mokra, jej sutki twarde jak kamienie. Chwyciła moją rękę i poprowadziła ją na łechtaczkę.

– Tak, właśnie tak – szepnęła, pokazując, jak ją pieścić.

Jęczałem z rozkoszy, ona też. Zakrywała mi usta, potem nachyliła się, całując mnie głęboko. Jej biodra pracowały jak oszalałe, pochwa pulsowała. Doszła pierwsza – wygięła się w łuk, drżąc w konwulsjach. Opadła na mnie, a ja ruszałem biodrami.

– O nie, tak… – jęknęła, znów zakrywając usta.

Chyba miała kolejny orgazm – jej ciało wiło się, twarz wykrzywiał grymas rozkoszy. Ja też wkrótce eksplodowałem. Nasze serca waliły jak młoty. Gryzła mi szyję, paznokcie wbijała w barki. Po wszystkim leżeliśmy wyczerpani. Zdjąłem prezerwatywę.

– Boże, jesteś niesamowity. Dwa orgazmy pod rząd – nigdy tego nie miałam – wydyszała.

– To ty jesteś niesamowita. Za każdym razem jest inaczej, ale zawsze cudownie – odparłem.

Pocałowała mnie i wtuliła się, kładąc głowę na moim ramieniu. Gładziłem jej włosy.

– Przyjście na imprezę to najpiękniejszy prezent, jaki mi dałaś. Gdybyś nie przyszła… – zacząłem.

Przerwała mi, kładąc palec na ustach.

– Przyszłam, bo cię kocham – powiedziała, patrząc mi w oczy.

Nie kłamała – widziałem to. Znowu się całowaliśmy, powtarzając „kocham cię” bez końca.

– Wiesz, że przed północą muszę iść – przypomniałem.

– Wiem. Będę tęsknić – szepnęła.

Leżeliśmy przytuleni, słuchając bicia swoich serc. Zasnęła w moich ramionach. Ja nie mogłem – patrzyłem na nią, czując się najszczęśliwszym facetem na świecie. Przed północą zostawiłem ją śpiącą i wymknąłem się. Recepcjonista drzemał na fotelach – nikt mnie nie zauważył.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Komentarze są moderowane. Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu przez administratora.

W tej chwili nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.