Erotales

Weryfikacja wieku

Strona zawiera treści erotyczne przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Czy masz ukończone 18 lat?

Szkolna wycieczka w Góry - część 1
Opowiadania erotyczne

Szkolna wycieczka w Góry - część 1

#tabu
Erotales
Erotales

Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy epoka PRL chyliła się ku zmierzchowi, kończyłem swoją przygodę z podstawówką. Niedługo nasza klasa – dwudziestka czwórka zżytych ze sobą dusz – miała się rozproszyć jak liście na wietrze, każde w stronę innej szkoły średniej czy zawodówki. Ale coś nas trzymało razem, jakaś niewidzialna nić utkana z ośmiu lat wspólnych śmiechów, łez, pierwszych uniesień miłosnych i nieśmiałych spojrzeń na szkolnych dyskotekach. Te chwile, kiedy trzymaliśmy się za ręce w rytmie przebojów z magnetofonu, wryły się nam w serca. Nie chcieliśmy się rozstać bez pożegnania, które miałoby smak przygody.Byłem wtedy zwykłym chłopakiem, jakich wielu. Wysoki, choć nie najwyższy w klasie, z burzą ciemnych, kręconych włosów, które żyły własnym życiem, gdy tylko trochę odrastały. Szczupły, z brązowymi oczami, które nie wyróżniały się niczym szczególnym – ot, przeciętniak, ani Adonis, ani ktoś, kogo odpycha wzrok. Ale kiedy rodzice na zebraniu w szkole rzucili pomysł trzydniowego wypadu w góry, poczułem, jakby ktoś odpalił we mnie fajerwerki. Mieszkaliśmy w sercu Beskidu Sądeckiego, więc naturalnym wyborem były te swojskie, znajome szlaki. Tata mojego kumpla z ławki, Kuby, był przewodnikiem PTTK – facet znał góry jak własną kieszeń i zgłosił się, by poprowadzić naszą wyprawę. Plan był prosty, ale schroniska albo świeciły pustkami, albo odpowiadały półsłówkami, jakby miały nas w nosie.

W końcu ojciec Tomka, dyrektor tutejszego ogólniaka, stracił cierpliwość. Sięgnął po słuchawkę, pociągnął za kilka sznurków w miejscowej komórce partyjnej i załatwił coś, o czym nikt z nas nie śmiał marzyć – wypad do Czechosłowacji. Jego liceum miało kontakty z jakąś szkołą po słowackiej stronie, więc zorganizował wszystko: noclegi w internacie, wyżywienie, a całość za grosze, jakby to była promocja w sklepie spożywczym. Logistyka była na jego głowie, a my tylko zacieraliśmy ręce.

Pozostała kwestia paszportów. Tu wkroczyła mama Łukasza, która pracowała w WUSW. Machnęła ręką na biurokrację i zapewniła, że wnioski przejdą jak po maśle – i fakt, załatwiła to w ekspresowym tempie. Problemem byli opiekunowie. Dwadzieścia cztery rozbrykane nastolatki wymagały solidnej obstawy – minimum trzech, a najlepiej czterech dorosłych. Wiedzieliśmy, że pojedzie nasza wychowawczyni, pani Helena, i tata Kuby, który znał słowackie ścieżki jak mało kto. Trzecią miała być pani Irena, nauczycielka chemii i zastępczyni dyrektora, ale jej paszportowy wniosek przepadł – plotka głosiła, że jej brat czmychnął nielegalnie do Austrii i teraz sączy kawę w Wiedniu.

 W ostatniej chwili znaleziono zastępstwo: panią Ewę, nową nauczycielkę WF-u. Drobna szatynka, jakieś metr sześćdziesiąt pięć, zawsze z kucykiem podskakującym przy każdym kroku, była jak powiew świeżości w naszej szkole. Zgrabna, z uśmiechem, który rozświetlał korytarze, i energią, która zarażała – nic dziwnego, że my, ósmoklasiści z testosteronem buzującym w żyłach, wybraliśmy ją w myślach na Miss Szkoły. Wszyscy żałowaliśmy, że nie prowadziła naszych lekcji, tylko ten dryblas Marek, który wyraźnie miał na nią oko, choć ona zdawała się go ignorować. Ostatecznie wszyscy mieliśmy paszporty i książeczki walutowe – mogliśmy ruszać.

Ostatnie dni przed wyjazdem były jak gorączka. Klasa huczała od plotek i planów – jechali prawie wszyscy, poza pechowcami: Maćkiem, który złapał świnkę, i starszym Darkiem, który złamał nogę, powtarzając rok. Rodzice też się zmobilizowali. Tata Janka, kierowca autobusowy, załatwił nam nówkę sztukę – autosana prosto z zakładu, pachnącego jeszcze fabryką. Ubezpieczenie turystyczne, nawet na górskie szlaki, też było w pakiecie. Każdy z nas odliczał godziny, bo to miał być nasz ostatni taniec – pożegnanie w pełnym luzie, wśród szumiących lasów i skalistych szczytów. Większość z nas znała góry od małego – mieszkając w Beskidach, nie dało się ich unikać. Nawet Anka i Gosia, nasze klasowe marudy, wiecznie zmęczone i z nosami na kwintę, tym razem nie protestowały. Wszyscy czuliśmy, że to będzie coś wyjątkowego.

– Po co bierzesz ten kompas i mapę, skoro jedzie z wami tata Kuby? – rzuciła mama, zerkając, jak upycham te rzeczy do plecaka, jakby były jakimś zbędnym balastem.

– Mamo, serio? – westchnąłem, przewracając oczami. Przecież to nie były jakieś kowadła, tylko drobiazgi, które mieściły się w bocznej kieszeni.

– A ta racja żywnościowa? Po co ci to, skoro macie zapewnione jedzenie? – dodała, marszcząc brwi, gdy zauważyła wojskowy pakunek wsunięty między ubrania.

– Daj mu spokój, niech niesie – wtrącił ojciec, popijając herbatę z emaliowanego kubka. – Sam chce być żołnierzem, to niech się wprawia w dźwiganie.

Ojciec zawsze stał po mojej stronie, kiedy rzecz szła o moje plany. Matka za to, podjudzona przez ciotkę Wandę – zgorzkniałą dewotkę, która nigdy nie wyszła za mąż – kręciła nosem na samą myśl o wojsku. Dla niej zawodowi żołnierze to byli albo hulacy, albo rozwodnicy, albo podejrzane typy spod ciemnej gwiazdy. Raz, przy kolacji, palnęła:

– Wiesz, że do tych szkół oficerskich co miesiąc autobusy pełne kurew zwożą? – Ojciec, który swoje odsłużył w zasadniczej, aż łyżkę upuścił, a ja siedziałem z otwartą buzią, nie wierząc, co słyszę.

Marzyłem o tym, żeby zostać zawodowym żołnierzem. Po technikum chciałem złożyć papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej – nieważne której, byle się dostać. Na lekcjach przysposobienia obronnego, które uwielbiałem, nasz nauczyciel, były „trep” w randze starszego chorążego, szybko wyłapał moją zajawkę. Byłem starszym klasy na PO – meldowanie obecności, dopuszczanie do broni, tych małych kbks-ów wz. 48, zamkniętych w sejfie na dwa klucze, to był mój żywioł. Na przerwach, gdy miał dyżur, zasypywałem go pytaniami. Opowiadał mi o swojej służbie – jak kiedyś spadochron główny nie otworzył mu się w locie, a zapasowy ledwo dał radę. Przywalił w ziemię tak, że kręgosłup siadł, a po szesnastu latach służby dostał emeryturę – marne grosze, odprawę i kopa na emeryturę. Żeby przeżyć, wylądował w szkole.

– Wiesz co, Kuba, z ciebie będzie kiedyś niezły dowódca – powiedział kiedyś, patrząc mi w oczy. – Wal ciotkę w cholerę i rób swoje.

– Serio? – zapytałem, czując, jak krew szybciej krąży mi w żyłach.

– Bez kitu. Masz to coś w sobie, jak nie spróbujesz, to będziesz pluć sobie w brodę do końca życia – odparł, klepiąc mnie po ramieniu.

Największym zaszczytem było dla mnie strzelanie z kbks na strzelnicy LOK-u. Raz, pamiętam, nasz PO-wiec wyrzucił stamtąd jakiegoś starego dziada, który przyszedł nawalony jak szpadel i miał być amunicyjnym.

– Wykończę cię, skurwielu! – wrzasnął tamten, chwiejąc się na nogach.

– Spierdalaj stąd, śmierdzielu, bo ci wstyd przed dzieciakami zrobię – odciął się nauczyciel, nawet nie podnosząc głosu.

Byłem tam z nim, tylko ja i on. Stary zaczął coś mamrotać pod nosem, a potem rzucił się na mnie z mordą, wyzywając od gówniarzy. Nasz PO-wiec nie czekał – jeden szybki cios i dziad leżał na ziemi jak worek kartofli.

– Klucze od sejfu z amunicją, już, bez dyskusji – warknął, pochylając się nad nim. – Ten młody będzie amunicyjnym, a ty, pijana gnido, podpiszesz protokół po strzelaniu. Zrozumiano?

Tak zostałem amunicyjnym – drugim po kierowniku strzelania, ważniakiem w oczach kumpli. Starego zamknęliśmy w kantorku z tarczami i gratami – tłukł się tam jak oszalały, ale Edek i Tomek, starsi koledzy, szybko go uspokoili.

– Dowodzisz, Kuba! – rzucił mi nauczyciel, gdy tamten za bardzo walił w drzwi. Czułem się wtedy jak król świata, trzymając klucze i wydając rozkazy, jakby to była prawdziwa misja.

Autobus stał na umówionym placu, lśniąc w popołudniowym słońcu jak obietnica przygody. Rodzice machali nam na pożegnanie, niektórzy z łzami w oczach, inni z uśmiechami pełnymi dumy. Ruszyliśmy w podróż, która miała być spełnieniem naszych nastoletnich marzeń. Droga wiła się przez beskidzkie wzgórza, kilkanaście kilometrów po wyboistych polskich szosach, aż dotarliśmy do granicy z Czechosłowacją. Kontrola paszportowa przebiegła gładko – pogranicznik sprawdził listę, skinął głową, a my odetchnęliśmy z ulgą. Zaraz za nim pojawił się celnik, mniej wyrozumiały, z oczami jak szperacze. Wybrał kilka plecaków do przeszukania, ale nie znalazł nic poza kanapkami i młodzieńczym entuzjazmem, więc machnął ręką i puścił nas dalej.

Pierwsza noc minęła spokojnie, choć nie bez prób – my, chłopcy, knuliśmy, jak przedrzeć się do pokoju dziewczyn, ale opiekunowie trzymali nas w ryzach jak cerbery. Następnego dnia czekało nas wyzwanie: zdobycie najwyższego szczytu w okolicy i zejście do szkoły po słowackiej stronie, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg i ciepły posiłek. Początek trasy był jak z koszmaru – strome podejście, które wyciskało z nas siódme poty. Nasza wychowawczyni, pani Helena, zaciskała zęby i uśmiechała się przez łzy wysiłku, ale widać było, że ledwo zipie. Z kolei pani Ewa, wuefistka w obcisłym dresie, śmigała po szlaku jak gazela, a tata Kuby, pan Marek, szedł na czele z pewnością wytrawnego górala. To on był naszym kompasem – setki kilometrów w nogach i znajomość terenu czyniły go niekwestionowanym liderem. W schronisku na szczycie miał dołączyć jego kumpel, słowacki przewodnik Jano.

Kolumna uformowała się naturalnie: pan Marek prowadził, za nim szły dziewczyny z Heleną, potem chłopcy z panią Ewą, a na końcu ja z Kubą – straż tylna, ostatnia linia obrony. Czułem się jak wybraniec, zamykając pochód. Kuba musiał nagadać ojcu o mojej zajawce na wojsko, bo pan Marek rzucił mi poważne spojrzenie i powiedział:

– Kuba, Maciek, jesteście ariergardą. Nikt nie zostaje z tyłu, jasne? Liczymy na was.

Te słowa wryły mi się w pamięć. Z Kubą przybiliśmy sobie piątkę i wzięliśmy misję na serio.

Czekały nas cztery godziny marszu – na początku łagodnie, ale po godzinie szlak zamienił się w pionową ścianę. Szybko wyszło, kto ma płuca ze stali, a kto sapie jak miech kowalski. Chłopcy i zwinniejsze dziewczyny, prowadzeni przez panią Ewę, ruszyli przodem. Z tyłu wlokły się nasze klasowe marudy – Gosia i Anka, wiecznie nierozłączne, oraz pulchniejsze Marysia i Ola, które dyszały przy każdym kroku. Większość miała lekkie plecaczki, bardziej na piknik niż w góry. Prawdziwe turystyczne klamoty – brezentowe bestie ze stelażem – taszczyli pan Marek, mój kumpel Bartek i ja. Kuba dodatkowo dźwigał apteczkę od naszego PO-wca, jakby szykował się na front. Po dwóch godzinach padła komenda na postój – rozległa polana kusiła chwilą oddechu. Panie w lewo, panowie w prawo, klasyka. Rozłożyłem mapę – szliśmy jak żółwie, ledwo jedna trzecia trasy za nami.

– Widzę, że ogarniasz, gdzie jesteśmy – usłyszałem nad uchem pana Marka. Jego palec wylądował na mapie, wskazując kropkę wśród kresek wysokości. – Tu jesteśmy.

– Za wolno nam idzie – rzuciłem, marszcząc czoło.

Skinął głową, jakby czytał mi w myślach.

– W górach tempo dyktuje najsłabszy – mruknął, rzucając starą maksymę.

– Tato, jeszcze ze trzy godziny do schroniska – wtrącił Kuba, zerkając na zegarek.

– Spokojnie, mamy zapas czasu. Nawet dwie godziny poślizgu i tak dotrzemy przed zmrokiem – uspokoił nas pan Marek, poprawiając plecak.

Kwadrans odpoczynku minął jak z bicza strzelił. Po przeliczeniu głów ruszyliśmy dalej. Plan był prosty: na dole, przy drodze, miał czekać autobus, który zgarnie nas do bursy. Gdybyśmy nie dotarli na czas, kierowca po trzech godzinach miał wzywać ratowników. W schronisku nie było telefonu, ale pan Marek zapewniał, że jest radiotelefon na wszelki wypadek. Początkowo grupa ruszyła raźno, jakby chciała nadgonić, ale po pół godzinie znów się rozciągnęła. Przód śmigał, tyły wlokły się jak mucha w smole. Gosia i Anka co chwilę stawały, trajkotały o bzdurach i gapiły się w chmury zamiast pod nogi. Raz Kuba złapał Gosią w ostatniej chwili, bo potknęła się o kamień.

– Patrz, gdzie idziesz, Gosia! – rzucił, a ona burknęła coś pod nosem, niby dziękując, niby obrażona.

– O, sarenki! – pisnęła Anka, odwracając się do koleżanki. Nie zauważyła korzenia i runęła do tyłu jak worek ziemniaków. Zdążyłem ją chwycić, ale moja lewa stopa ześlizgnęła się z krawędzi, coś chrupnęło w kostce, a ból przeszył mnie jak sztylet.

– Kurwa! – wyrwało mi się, zanim ugryzłem się w język.

Kuba przejął Ankę, a ja osunąłem się na ziemię, trzymając się za nogę. Ból pulsował, kostka zaczęła puchnąć. Spojrzałem na swoje adidasy – głupi pomysł, trzeba było wziąć wojskowe glany, jak planowałem. Rodzice mnie wygnali z tym pomysłem, że niby w dresie i opinaczach wyglądam jak dziad.

– Co się stało? – Kuba kucnął przy mnie, zaniepokojony.

Pokręciłem głową, zaciskając zęby.

– Stójcie, mamy problem! – ryknął na cały las.

Grupa zamarła. Wściekłość na siebie samego mieszała się z bólem – jak mogłem być taki nieostrożny? Anka bąknęła ciche „przepraszam”, ale to nie zmieniało faktów. W chwilę obok mnie zjawili się pani Helena, pani Ewa i pan Marek. Wychowawczyni zlustrowała mnie wzrokiem.

– Mówiłam, żeby uważać – rzuciła, jakby to miało teraz pomóc.

Kuba szybko zrelacjonował, co zaszło, nie szczędząc przytyków Gosi i Ance. Pani Ewa ściągnęła mi but i skarpetkę, delikatnie obmacując stopę. Syknąłem, gdy przesunęła palcami po kostce.

– Wygląda na skręcenie – oceniła, marszcząc brwi.

Helena zaczęła lamentować, że to koniec świata, a pan Marek chwilę milczał, ważąc opcje. Byliśmy w połowie drogi do schroniska.

– Zawracamy – zdecydował w końcu.

Rozległ się zbiorowy jęk zawodu. Helena obsztorcowała dziewczyny, aż im uszy spąsowiały.

– Może da się coś zrobić? – zapytała, wyraźnie niechętna powrotowi.

Pani Ewa wyciągnęła z apteczki bandaż elastyczny i owinęła mi kostkę. Wcisnąłem stopę w rozsznurowany but, czując, jak pulsuje. Nie chciałem być tym, przez kogo wszystko się sypnie.

– Idźcie, zejdę sam – wypaliłem.

– Ani mi się waż – uciął pan Marek. – Sam nigdzie nie idziesz.

Napięcie rosło, koledzy rzucali mi spojrzenia pełne pretensji. Helena szepnęła coś do Marka.

– Do schroniska za daleko, szybciej zejdziemy w dół – usłyszałem jej argument.

– Ja zejdę z Maćkiem – rzucił Kuba, prostując się dumnie.

– Co ty gadasz? Dwóch gówniarzy bez opieki w obcym kraju? – zgasił go ojciec.

– Ja z nim zejdę – wtrąciła pani Ewa, a jej głos przeciął ciszę jak strzała.

Wszyscy zamilkli, oczy klasy wbite w Helenę i Marka. Oni mieli ostatnie słowo.

– To niegłupi pomysł – stwierdziła Helena, a tłum odetchnął z ulgą.

Pan Marek zmierzył Ewę wzrokiem.

– Dasz radę? – zapytał.

– Jasne. Ruszajcie, szkoda czasu – odparła, pewna siebie.

Decyzja zapadła. Kuba szepnął mi na ucho:

– No, bracie, będziesz miał eskortę deluxe!

Helena wyciągnęła ręce po mój plecak.

– Dawaj, Maciek.

– Nie ma mowy – zaprotestowałem. W życiu nie oddałbym plecaka w górach – to jak oddać duszę.

– Chłopak ma rację – poparł mnie Marek. – Pani Ewa, dorzuć swoje rzeczy do jego plecaka.

Wuefistka sprawnie przepakowała dokumenty i drobiazgi do mojego brezentowca.

– Jak dotrzecie do szkoły, dajcie znać do bursy. Tu masz numer – Marek wręczył jej kartkę. – Powinniście być przed nami. Jeśli autobus jeszcze będzie, pakujcie się i czekajcie.

Wstałem, krzywiąc się przy pierwszym kroku. Ból był znośny, ale kostka nie dawała o sobie zapomnieć.

– To nie twoja wina, Maćku. Może uratowałeś tę dziewczynę – powiedział pan Marek, ściskając mi dłoń.

Ruszyłem w dół, słysząc za sobą okrzyki kumpli: „Trzymaj się, Maciek!”. Pani Ewa szła obok, gotowa mnie podtrzymać, ale na razie odmawiałem.

– Daj plecak – zaproponowała.

– Dam radę – burknąłem, grając twardziela.

Schodziliśmy powoli, stromizna była jak wróg czający się za rogiem. Milczeliśmy, tylko nasze kroki odbijały się echem wśród drzew.

– Dzięki, pani – wyrwało mi się w końcu.

– Nie ma za co. Ty też byś tak zrobił – odparła, zerkając na mnie z lekkim uśmiechem.

Rozmowa między nami rozkręciła się powoli. Na początku pani Ewa kręciła głową, obwiniając Gosią i Ankę za to, że przez ich nieuwagę moja przygoda w górach legła w gruzach. „Zamiast szlaku będziesz teraz jeździł autobusem” – rzuciła z przekąsem, ale zaraz przeszła do opowieści o swoich studiach na AWF-ie, o tym, jak zakochała się w górach i ruchu na świeżym powietrzu.

– Skąd pani wiedziała, że to skręcenie? – zagadnąłem, ciekaw jej pewności.

– Nie wiedziałam na sto procent – odparła z lekkim uśmiechem, który rozjaśnił jej zmęczoną twarz. – Ale objawy pasowały: opuchlizna, ból, ograniczenie ruchu. To się czuje po latach na wf-ie.

Po pół godzinie mozolnego kuśtykania zaproponowała przerwę. Usiedliśmy na omszałym kamieniu, a ja wyciągnąłem mapę, rozkładając ją na kolanach. Szliśmy jak ślimaki – odcinek, który normalnie zająłby kwadrans, nam zabierał pół godziny. Przy tym tempie czekały nas jeszcze ze cztery godziny marszu. Odpoczęliśmy chwilę, po czym ruszyliśmy dalej. Chciałem przyspieszyć, ale kostka protestowała przy każdym kroku.

– Nie szarżuj, Maćku. Jak padniesz, nie dam rady cię dźwignąć – rzuciła ostrzegawczo, zerkając na mnie spod zmrużonych powiek.

Szliśmy jeszcze z dwadzieścia minut, kiedy z oddali dobiegł nas niski pomruk. Burza. Pani Ewa zamarła.

– Nie, błagam, tylko nie to! – jęknęła, a jej głos zadrżał.

– Co się stało? – zapytałem, nie łapiąc jeszcze, o co chodzi.

– Boję się burzy jak cholera! – wyznała, a w jej oczach zamigotał paniczny błysk.

Prognoza wspominała o przelotnych opadach, ale dopiero późnym popołudniem, koło osiemnastej, dziewiętnastej – wtedy reszta grupy miała być już bezpieczna w schronisku. Najwyraźniej majowa pogoda postanowiła nas zaskoczyć, a front burzowy nadciągał szybciej, niż ktokolwiek przewidywał. Gdzieś tam, wysoko, nasi oddalali się od nawałnicy, my zaś szliśmy prosto w jej paszczę. Grzmoty stawały się coraz głośniejsze, jakby niebo szykowało się do koncertu.

– Oprzyj się na mnie i daj plecak – zaproponowała Ewa, a jej głos drżał coraz bardziej.

Oddałem jej plecak i wsparłem się na jej ramieniu. Tempo się nie zmieniło, ale czułem, że moja bliskość trochę ją uspokaja. Deszcz złapał nas na tej samej polanie, gdzie wcześniej odpoczywaliśmy – otwarta przestrzeń, bezlitosna dla dwóch przemokniętych wędrowców. Zrobiło się zimno, wiatr smagał nas po twarzach, a po chwili lunęło tak, że w minutę byliśmy mokrzy do suchej nitki. Żadne z nas nie wzięło płaszcza przeciwdeszczowego ani pałatki – głupota, za którą teraz płaciliśmy. Brnęliśmy przez ulewę, aż dotarliśmy do ściany lasu. Huk piorunów dudnił w uszach, a pani Ewa drżała coraz mocniej.

– Musimy się gdzieś schować – rzuciłem, rozglądając się w panice.

– Gdzie? W lesie? Może zawróćmy? – odparła, a jej głos brzmiał jak błaganie.

Nie wiedziałem, czy trzęsie się z zimna, czy ze strachu – pewnie z obu powodów. Przy każdym grzmocie jej ciało sztywniało, a ja czułem to przez ramię, na którym się opierałem. Deszcz przeszedł w ścianę wody, szlak zamienił się w rwący potok. Schowanie się pod świerkiem dawało marną osłonę, ale lepsze to niż nic.

– Boże, a jeśli piorun walnie w drzewo? Nie można stać pod drzewami w burzy! – wyrzuciła z siebie, a jej oczy biegały w panice.

– Jesteśmy w lesie, nie na otwartym polu – uspokoiłem ją, choć sam nie byłem pewien, czy to wystarczy. Schodzenie w takich warunkach, z mokrym szlakiem i moją kulawą nogą, byłoby jak proszenie się o śmierć. Kucaliśmy pod gałęziami, deszcz siekł nas mniej, ale i tak przemakaliśmy. Pani Ewa trzęsła się jak osika, bliska załamania.

– Wyjmij mapę i latarkę – poprosiłem, czując, że muszę przejąć stery.

Grzmot huknął tak blisko, że ziemia zadrżała. Ewa rzuciła się na mnie, wtulając się z całej siły, jakby chciała zniknąć w moich ramionach.

– Zrób coś, boję się! – wyszeptała, a jej głos brzmiał jak płacz dziecka.

Objęła mnie kurczowo, trzęsąc się jak w febrze. Zgrywałem twardziela, choć serce waliło mi jak młot.

– Spokojnie, zdejmij plecak. Jestem tu – powiedziałem, siląc się na opanowanie.

Nie miałem planu, ale coś świtało mi w głowie – przed wyjazdem studiowałem mapę i kojarzyłem, że w tej okolicy powinien być jakiś szałas albo leśniczówka. Ściągnąłem z niej plecak, wyciągnąłem mapę i latarkę. Ciemność zgęstniała od burzowych chmur, deszcz zacinał w oczy. Rozłożyłem mokrą mapę i zaświeciłem.

– Jest! – mruknąłem, dostrzegając mały znaczek budowli. Szybko zlokalizowałem nas na szlaku – pół kilometra do rozwidlenia, potem kilometr niebieskim szlakiem do schronienia.

– Słuchaj, za półtora kilometra jest jakieś miejsce. Nie wiem, czy to szopa, czy schron, ale tam przeczekamy – rzuciłem, widząc jej rozbiegane oczy.

Spojrzała na mnie, jakby błagała o cud.

– Chodź za mną – dodałem, przechodząc na „ty”. Wsunąłem mapę pod mokry dres, chwyciłem latarkę i ruszyłem, kulejąc. – Trzymaj się mnie, połóż rękę na ramieniu.

Coś się we mnie przestawiło – teraz to ja byłem opiekunem, a ona tą, którą trzeba chronić. Szliśmy w strugach deszczu, moje adidasy ślizgały się na błocie, a jej dłoń ściskała moje ramię. Bałem się, że w tej szarudze przegapię rozwidlenie, więc świeciłem latarką po drzewach, szukając niebieskiego znaku. Grzmoty dudniły, a Ewa zaczęła szlochać.

– Jest! Niebieski szlak! – krzyknąłem, gdy latarka wyłapała oznaczenie.

– Gdzie? – zapytała, a w tym samym momencie poślizgnęła się i wpadła na mnie.

Runąłem twarzą w błoto, puszczając latarkę, ale złapałem ją rękami, amortyzując upadek. Światło zatańczyło na ziemi, ale nie zgasło. Ewa wylądowała na moich plecach, brudząc nas oboje.

– Boże, przepraszam! Nic ci nie jest? – zawołała, podnosząc się i dotykając mojej twarzy brudnymi dłońmi.

– Luz, żyję – burknąłem, czując tylko lekkie stłuczenie.

Pozostał kilometr. Piorun walnął gdzieś blisko, aż ziemia zadrżała. Burza szalała, a my byliśmy w jej sercu. Wstałem, nie otrzepując błota, i ruszyliśmy dalej.

– Gdzie ta szopa? – rzuciła po kwadransie, a jej głos drżał.

Wyciągnąłem mapę – mokrą, ledwo czytelną. Drzewa, drzewa, żadnego punktu odniesienia.

– Jezu, zgubiliśmy się! – wybuchła płaczem, kuląc się w sobie.

Odwróciłem się, chwytając jej dłonie.

– Ufaj mi, idziemy dobrze. Wiem, co robię – powiedziałem stanowczo, patrząc w jej zalane łzami oczy. Skinęła głową, a ja schowałem mapę, modląc się, by się nie rozpadła. Szliśmy, latarka rzucała wątły snop światła, a ja lustrowałem teren. Czas płynął, nie patrzyliśmy na zegarki.

– Tam! – krzyknęła nagle Ewa, wskazując ciemny kształt między drzewami.

Odetchnąłem. Mały drewniany budynek majaczył w mroku – bez okien, ale realny. Dotarliśmy, przemoczeni do szpiku kości, zmarznięci, ale cali.

– „Turistická útulňa” – przeczytałem napis nad drzwiami. Schron turystyczny.

Ewa minęła mnie, nacisnęła klamkę.

– Otwarte! – zawołała, wślizgując się do środka, a ja podreptałem za nią, czując, że najgorsze mamy za sobą.

W końcu byliśmy bezpieczni. Doczłapałem do tej drewnianej chatki i przekroczyłem próg, a snop światła z latarki zatańczył po wnętrzu. Słyszałem kiedyś o takich „útulniach” – to były proste turystyczne przystanie, bez luksusów, ale w sam raz na takie chwile jak ta. Na środku stał toporny stół zbity z desek, obok ławka, w kącie czaił się metalowy piecyk, a po drugiej stronie prycza – zwykłe deski, bez materaca, dla dwóch, może trzech osób. Podłoga to ubita ziemia, przy piecu garść drewna. Wysoka na jakieś dwa i pół metra, miała może dwadzieścia metrów kwadratowych – skromne, ale wystarczające, by przeczekać nawałnicę. Zawiesiłem latarkę na gwoździu przy drzwiach i zamknąłem je – nie były szczelne, ale deszcz nie miał szans wedrzeć się do środka.

– Boże, jesteś genialny! – rzuciła pani Ewa, rzucając mi się na szyję i cmokając mnie w policzek z wdzięcznością.

Byliśmy przemoczeni do szpiku kości. Na pryczy leżał bury, cienki koc – jedyna osłona w tym surowym azylu. Zsunąłem plecak na ziemię, czując, jak chłód przenika mi skórę. Mokre ciuchy kleiły się do ciała, zęby mi szczękały, a dreszcze wstrząsały mną od stóp do głów. Ona wyglądała podobnie – sina z zimna, drżąca jak osika.

– Musimy zdjąć te mokre łachy – powiedziałem, zerkając na nią poważnie.

Cofnęła się o krok, a jej oczy rozszerzyły się w szoku.

– Chyba żartujesz? Mam się rozebrać przy tobie? – zapytała, jakby nie wierzyła własnym uszom.

– Tak, bo inaczej zamarzniemy – odparłem twardo, nie zostawiając miejsca na dyskusję.

Ściągnąłem górę dresu, potem koszulkę i podkoszulek – wszystko ociekało wodą, mogłem wycisnąć z tego pół wiadra. Stałem z gołym torsem, czując, jak zimno kąsa mi skórę.

– Słuchaj, mamy koc, okryjemy się nim – zaproponowała, wciąż kurczowo trzymając się swoich ciuchów.

– Nie rób tego, przemoczysz go i nic nas nie uratuje – zaprotestowałem, kręcąc głową.

Myślałem trzeźwo. Pamiętałem podobną sytuację z wędrówki po Beskidzie Sądeckim – deszcz złapał mnie wtedy w trasie, ale miałem suchą bieliznę na zmianę. Teraz nie miałem nic, ale wiedziałem, co robić.

– Posłuchaj mnie, do tej pory wszystko ogarnąłem, prawda? Odwrócę się, nie będę patrzył. Ściągnij wszystko i owiń się kocem. Nad piecem wiszą sznurki – wykręcimy ubrania i powiesimy. Może rozpalimy ogień, to przynajmniej bielizna wyschnie – wyłożyłem plan, starając się brzmieć pewnie.

Odwróciłem się tyłem i usiadłem na krawędzi pryczy. Zdjąłem przemoczone adidasy, skarpetki, spodnie i slipy – wszystko było jak gąbka. Wykręciłem ciuchy, a woda chlupotała na klepisko. Gołym tyłkiem podszedłem do sznurków nad piecem i rozwiesiłem rzeczy, zasłaniając się jedną ręką.

– Gotowe, możesz się odwrócić – rzuciła po chwili.

Zakrywając krocze, spojrzałem na nią. Stała owinięta kocem jak w kokonie, a na stole leżała sterta jej ubrań: góra i dół dresu, bluzka na guziki, podkoszulek, sportowy stanik i majtki. Wykręcała mokre włosy, a krople ściekały jej po ramionach. Zebrałem jej rzeczy, znów odwróciłem się tyłem i wykręciłem je po kolei, rozwieszając na sznurku. Kucnąłem przy piecu, szukając czegoś na rozpałkę.

– Odwróć się, muszę przeszukać kąty, a jedną ręką będzie mi ciężko – poprosiłem.

– Już możesz – odparła po sekundzie.

Przeczesałem chatkę. Znalazłem trochę drobnych szczap, ale papieru ani śladu.

– Cholera jasna! – zakląłem pod nosem.

Piorun walnął gdzieś blisko, aż ściany zadrżały. Ewa zerwała się z pryczy, a jej wzrok mimowolnie prześlizgnął się po mnie – nagim i drżącym.

– Przepraszam! – bąknęła, rumieniąc się, gdy zauważyła, że to widzę.

Powiesiłem latarkę z powrotem na gwoździu. Zęby mi szczękały, ciało trzęsło się od zimna, a skóra pokryła się gęsią skórką. Usiadłem obok niej na pryczy, zakrywając dłonią krocze. Mapa mogła pójść na rozpałkę, ale była mokra jak szmata.

– Boże, ty cały dygoczesz – zauważyła, zerkając na mnie z troską.

– Mamy tylko jeden koc – mruknąłem, wzruszając ramionami.

Patrzyła na mnie chwilę, jakby walczyła z myślami.

– Chodź tu, siądź za mną. Okryjemy się razem – wydusiła w końcu, a jej głos zadrżał.

Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zimno odbierało mi rozum, a mój penis skurczył się do rozmiaru orzeszka – żadnego podniecenia, tylko walka o przetrwanie. Siedziała skulona na pryczy, czekając.

– No już, rusz się! Ale jak komuś piśniesz słowo, urwę ci głowę – dodała, ponaglając mnie z lekkim uśmiechem.

Usiadłem za nią na piętach, ale kostka szybko zaprotestowała.

– Nie dam rady tak, boli mnie noga. Muszę usiąść okrakiem – wyjaśniłem.

Rozchyliła koc, podając mi jego koniec. Przez moment mignęły mi jej nagie plecy i krągłość pośladków. Narzuciłem koc na siebie, oddając jej przód, by się okryła. Oplotłem ręce wokół jej talii, a ona skrzyżowała dłonie na piersiach, ściskając brzegi koca. Moje nogi dotykały jej ud i pośladków, nasze ciała przylgnęły do siebie. Ciepło jej skóry powoli rozgrzewało moje zmarznięte mięśnie, choć to ja dawałem jej więcej ciepła. Między nami była wąska szpara – moje krocze nie stykało się z nią, co dawało mi odrobinę komfortu.

– Boże, co ja wyprawiam – szepnęła, bardziej do siebie niż do mnie.

Burza szalała na całego – pioruny biły jak w bęben, a ona drżała przy każdym grzmocie. Koc był za mały, odsłaniał mi tyłek i część pleców, ale nie narzekałem – i tak było lepiej niż przed chwilą. Nasza skóra, wciąż wilgotna, powoli wysychała, a gęsia skórka ustępowała. Mój oddech muskał jej kark i mokre włosy. Nie wiem, ile tak siedzieliśmy, ale szczękanie zębami w końcu ustało.

– Wiesz, dziękuję ci. Bez ciebie nie wiem, co bym zrobiła – powiedziała cicho.

– To ja dziękuję. Gdyby nie pani, cała ekipa musiałaby zawrócić – odparłem.

– Jesteś niesamowity, Maćku. Działałeś jak rasowy góral. Nie każdy dorosły by sobie poradził – pochwaliła, a jej słowa połechtały mi ego.

Usłyszałem, jak burczy jej w brzuchu – byłem tak blisko, że nie dało się tego przeoczyć.

– Zjemy coś – rzuciłem.

– Nie mów, że masz żarcie – zaśmiała się, niedowierzając.

– Mam – odparłem i poprosiłem, by mnie puściła.

Wstałem, zakrywając się dłonią, i podszedłem do plecaka. Wyciągnąłem wojskową rację żywnościową i niezbędnik. Sprawnie rozkroiłem konserwę, rozłożyłem suchary, postawiłem to na stole razem z manierką wody. Na dnie plecaka znalazłem zapasowe skarpety – suche, nietknięte. Zakląłem w duchu, że nie spakowałem więcej ciuchów; reszta została w torbie w autobusie.

Ocalenie nadeszło w samą porę. Doczłapałem do chatki i przekroczyłem próg, a snop światła z latarki rozświetlił surowe wnętrze. „Turistická útulňa” – prowizoryczny azyl dla wędrowców, o którym słyszałem od kumpli chodzących po górach. W środku stał toporny stół zbity z desek, ławka, w rogu czaił się metalowy piecyk, a naprzeciw prycza – gołe deski, bez materaca, na dwie, może trzy osoby. Podłoga z ubitej ziemi, przy piecu garść drewna. Chatka miała ze dwa i pół metra wysokości i jakieś dwadzieścia metrów kwadratowych – ciasno, ale wystarczająco, by przetrwać nawałnicę. Zawiesiłem latarkę na gwoździu przy wejściu i zamknąłem drzwi – nieszczelne, ale deszcz nie miał tu wstępu.

– Jesteś niesamowity, Maćku! – rzuciła pani Ewa, rzucając mi się na szyję i muskając policzek mokrymi ustami.

Przejdź do części 2:  Szkolna wycieczka w Góry - część 2

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Komentarze są moderowane. Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu przez administratora.

W tej chwili nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.