To jest kontynuacja opowiadania: Szkolna wycieczka w Góry - część 1
Przemokliśmy do szpiku kości. Na pryczy leżał bury, sfilcowany koc – nasz jedyny ratunek. Zrzuciłem plecak na klepisko, czując, jak chłód kąsa mi ciało. Mokre ciuchy lepiły się do skóry, zęby szczękały jak kastaniety, a dreszcze wstrząsały mną od stóp do głów. Ona wyglądała jak zmokła kura – sina, drżąca, z oczami pełnymi ulgi i zmęczenia.
– Musimy zdjąć te ciuchy, inaczej zamarzniemy – powiedziałem, patrząc na nią poważnie.
Cofnęła się, a jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu.
– Chyba żartujesz? Mam się rozbierać przy tobie? – zapytała, jakby usłyszała coś nieprawdopodobnego.
– Tak, serio. Inaczej się pochorujemy – odparłem twardo, nie dając jej miejsca na wahanie.
Ściągnąłem górę dresu, koszulkę i podkoszulek – mokre szmaty, z których lała się woda, jakby przeszyły je sito. Stałem z gołym torsem, a chłód smagał mi skórę jak batem.
– Mamy koc, okryjemy się nim – zaproponowała, kurczowo trzymając się swojego dresu.
– Nie dotykaj go mokrymi ciuchami, bo przemoczy się i po nas – zaprotestowałem, kręcąc głową.
Myślałem trzeźwo. Przypomniała mi się wyprawa w Beskidy – deszcz złapał mnie wtedy w trasie, ale miałem suche ciuchy na zmianę. Teraz byłem zdany na instynkt.
– Posłuchaj, do tej pory dawałem radę, prawda? Odwrócę się, nie będę gapił się. Ściągnij wszystko i owiń się kocem. Nad piecem są sznurki – wykręcimy ubrania i powiesimy. Może rozpalimy ogień, to chociaż bielizna wyschnie – wyłożyłem plan, starając się brzmieć jak dowódca na polu bitwy.
Odwróciłem się tyłem i klapnąłem na krawędź pryczy. Zdjąłem adidasy, skarpetki, spodnie i slipy – wszystko ociekało, wykręcałem je, a woda chlupotała na ziemię. Gołym tyłkiem podreptałem do sznurków nad piecem i rozwiesiłem ciuchy, zasłaniając się jedną ręką.
– Możesz się odwrócić – rzuciła po chwili.
Zakrywając krocze, zerknąłem na nią. Stała owinięta kocem jak mumia, a na stole leżała sterta jej rzeczy: dres, bluzka na guziki, podkoszulek, sportowy stanik i majtki. Wykręcała mokre włosy, a krople spływały po jej ramionach. Zebrałem jej ubrania, znów odwróciłem się tyłem i wykręciłem je, rozwieszając na sznurku. Kucnąłem przy piecu, szukając rozpałki.
– Odwróć się, muszę przeszukać kąty, a jedną ręką będzie mi ciężko – poprosiłem.
– Już możesz – odparła po sekundzie.
Przeczesałem chatkę. Znalazłem trochę drobnych szczap, ale papieru ani widu, ani słychu.
– Cholera! – zakląłem pod nosem.
Piorun rąbnął blisko, aż deski zatrzęsły się w posadach. Ewa zerwała się z pryczy, a jej wzrok prześlizgnął się po mnie – nagim, drżącym, z gęsią skórką na całym ciele.
– Przepraszam! – bąknęła, rumieniąc się, gdy złapałem jej spojrzenie.
Powiesiłem latarkę na gwoździu. Zęby mi szczękały, ciało trzęsło się jak w febrze. Mapa mogła pójść na rozpałkę, ale była mokra jak gąbka. Usiadłem obok niej na pryczy, zakrywając dłonią krocze.
– Boże, ty cały dygoczesz – zauważyła, zerkając na mnie z troską.
– Mamy tylko jeden koc – mruknąłem, wzruszając ramionami.
Zawahała się, jakby walczyła z myślami.
– Chodź tu, siądź za mną. Okryjemy się razem – wydusiła w końcu, a jej głos zadrżał.
Zamurowało mnie. Zimno odbierało mi rozum, a mój penis skurczył się do rozmiaru fasolki – zero podniety, tylko survival. Siedziała skulona na pryczy, czekając.
– No już, rusz się! Ale jak komuś piśniesz, to cię zatłukę – dodała, ponaglając mnie z przekąsem.
Usiadłem za nią na piętach, ale kostka zaprotestowała ostrym bólem.
– Nie dam rady tak, noga mi siada. Usiądę okrakiem – wyjaśniłem.
Rozchyliła koc, podając mi jego koniec. Mignęły mi jej nagie plecy i krągłe pośladki – jak rzeźba w półmroku. Narzuciłem koc na siebie, oddając jej przód. Oplotłem ręce wokół jej talii, a ona skrzyżowała dłonie na piersiach, ściskając brzegi. Moje nogi dotykały jej ud i pośladków, nasze ciała przylgnęły do siebie. Jej ciepło powoli rozgrzewało moje zmarznięte mięśnie, choć to ja dawałem jej więcej ciepła. Między nami była wąska szpara – moje krocze nie stykało się z nią, co ratowało resztki mojej godności.
– Co ja robię… – szepnęła, jakby do siebie.
Burza szalała – pioruny biły jak w bęben, a ona drżała przy każdym huku. Koc był za mały, odsłaniał mi tyłek i plecy, ale nie narzekałem – i tak było lepiej. Nasza skóra wysychała, gęsia skórka ustępowała. Mój oddech muskał jej kark i wilgotne włosy. Nie wiem, ile tak siedzieliśmy, ale szczękanie zębami w końcu ucichło.
– Dziękuję, Maćku. Bez ciebie bym przepadła – powiedziała cicho.
– To ja dziękuję. Gdyby nie pani, wszyscy by zawrócili – odparłem.
– Jesteś nie z tej ziemi. Działałeś jak zawodowiec – pochwaliła, a jej słowa połechtały mi dumę.
Burczenie w jej brzuchu przerwało ciszę – byłem tak blisko, że nie dało się tego przeoczyć.
– Zjemy coś – rzuciłem.
– Masz żarcie? – zaśmiała się, niedowierzając.
– Mam – odparłem i poprosiłem, by mnie puściła.
Wstałem, zakrywając się dłonią, i podszedłem do plecaka. Wyciągnąłem wojskową rację i niezbędnik. Rozkroiłem konserwę, rozłożyłem suchary, postawiłem to na stole z manierką wody. Na dnie plecaka znalazłem suche skarpety – jedyny zapas. Reszta ciuchów została w autobusie.
– Załóż, będzie ci cieplej – powiedziałem, rzucając skarpety na pryczę.
– A ty? – zapytała.
– Dam radę, są czyste – odparłem, i oboje parsknęliśmy śmiechem.
Usiadłem na ławce, stół zasłaniał mi krocze. Rozsmarowałem mielonkę na sucharach. Ewa wciągnęła skarpety, owinęła się kocem i przysunęła bliżej stołu.
– Zaskakujesz mnie, i to pozytywnie – rzuciła, pałaszując jedzenie.
Jedliśmy w ciszy, popijając wodą. Nagle Ewa wrzasnęła jak opętana, zrywając się na pryczę.
– Szczur! Tam jest szczur! – krzyczała, a koc zsunął się na deski.
Stała naga, tupiąc nogami w panice. Jej ciało mignęło mi w półmroku – smukłe, zgrabne, z lekkim meszkiem na cipce i piersiami idealnymi – jędrnymi, krągłymi, w sam raz. Nie myśląc, rzuciłem się na pryczę, zapominając o swojej nagości. Stanąłem przy niej, zerknąłem w kąt – żadnego szczura, tylko mała polna mysz, gapiąca się na nas czarnymi paciorkami oczu. Zwęszyła żarcie i wyszła z dziury.
– Spokojnie, to tylko mysz – powiedziałem, próbując ją uspokoić, gdy miotała się w rogu.
Instynktownie objąłem ją za kark i przytuliłem. Wtuliła się we mnie jak dziecko, a ja, nie wiedzieć czemu, zacząłem gładzić jej wilgotne włosy. Czułem jej piersi na swoim torsie, ciepło jej skóry. Uspokoiła się po chwili. Schyliłem się po koc i podałem jej – owinęła się nim, zawstydzona. Zasłoniłem krocze dłonią, choć wiedziałem, że widziała mojego ptaka w pełnej krasie. Mysz czmychnęła w mrok. Burza nie odpuszczała – deszcz jakby zelżał, ale grzmoty zapowiadały drugą falę. Główkowałem, jak rozpalić piec – brak papieru blokował wszystko. Miałem sztormówki i zapalniczkę, suche drewno, ale bez rozpałki nici z ognia.
– Wiem, mam sposób! – rzuciłem, bardziej do siebie.
Ewa zbliżyła się, stając za mną, i okryła mnie kocem. Śmierdział jak mokry pies, ale dawał ciepło – to się liczyło.
– Co wymyśliłeś? – zapytała miękko.
– Jak odpalić piec – odparłem, pewny swego.
Tymczasem reszta grupy dotarła do schroniska. Opóźnienie zgadzało się z wyliczeniami pana Marka. Po rozstaniu z nami tempo wzrosło – wychowawczyni, pani Helena, trzymała Gosią i Ankę na krótkiej smyczy, poganiając je ostro. Moje miejsce u boku Kuby zajął Bartek. Chłopcy gadali o moim pechu, żałując, że mnie tam nie ma.
– Krótki postój i idziemy dalej – zakomenderował pan Marek, ruszając na poszukiwanie Jano.
Znalazł go na korytarzu – uściski, poklepywanie po plecach, jak starzy kumple.
– Dziesięć minut i ruszamy – rzucił Marek.
– Zostajecie tu. Ciągniecie za sobą burzę, będzie za pół godziny. Miała przyjść później – przerwał mu Jano.
Marek zbladł jak ściana.
– Co ja narobiłem… – wyszeptał.
– Gadaj, co się stało! – ryknął Jano, chwytając go za ramiona.
– Chłopak skręcił nogę, puściłem go w dół z młodą wuefistką – wyrzucił z siebie Marek.
– Dobrze zrobiłeś, nie ciągnąłbyś go w górę. Kiedy to było? – zapytał Jano.
– Dwie, może dwie i pół godziny temu – odparł Marek, tracąc pewność.
Kuba podsłuchał rozmowę i wyczuł, że coś się święci.
– Tato, co jest? – zapytał, widząc ojca bladego jak upiór.
– Nic, powiedz Helenie, że nocujemy tu. Burza nadciąga z zachodu – rzucił Marek, ucinając temat.
Kuba zamarł. Znał góry – burza na szlaku to wyrok.
– Maciek i pani Ewa… – wyszeptał, łącząc fakty.
– Leć, nie ma czasu! – ponaglił go ojciec.
Kuba pobiegł do Heleny, przekazując wieści o noclegu i burzy. Grzmoty już dudniły w oddali, a w grupie zapanował chaos. Helena próbowała ogarnąć harmider, ale szło jej jak po grudzie.
– Uwaga! – zagrzmiał Marek, uciszając tłum. – Burza nas zatrzymuje. Nocujemy tu. Pan Jano załatwił dwie sale po osiem osób, reszta w jadalni. Ja biorę chłopców, pani Helena dziewczyny. Warunki spartańskie – część na podłodze, reszta na pryczach. Ruszamy rano, jak się przejaśni.
Rozległ się szum – jedni kiwali głowami, inni marudzili. Marek i Jano ruszyli korytarzem, ale dopadła ich Helena.
– Panie Marku, za mało miejsc! Gdzie ja będę spać? Z młodzieżą na materacu? – zaczęła jojczyć.
– Podziel dzieci: siedem dziewczyn z panią, siedmiu chłopców ze mną, reszta z Jano. Idziemy do łączności, powiadomić kierowcę przez VB, żeby rano nie czekał. Ma być w gotowości dla tej dwójki w burzy – uciął Marek, spiesząc dalej.
Kuba patrzył na to z boku. Helenę bardziej obchodził jej komfort niż los mój i Ewy. Bartek szepnął:
– Co za zołza…
W pokoju łączności Słowak szykował się do wyjścia.
– Łącz się z VB – rzucił Jano. – Powiedz, by dali kierowcy znać: rano nie czekać. Dwójka turystów, w tym jeden ranny, przedziera się przez burzę. Niech sprawdzą, czy dotarli, a jak nie, wzywają Horską Służbę.
Łącznościowiec skrzywił się, słysząc ich prośby.
– Honza, burza się zbliża. Muszę lecieć na dach i zdjąć antenę, bo jak piorun w nią rąbnie, to spłonie nam tu wszystko – rzucił, zerkając nerwowo na zegarek.
– To nadawaj, człowieku, na co czekasz? – warknął Gustaw, tracąc cierpliwość.
Stali w progu, nasłuchując, jak Słowak nadaje przez stary radiotelefon – jedyne okno na świat w tym odciętym schronisku. Głos łącznościowca przecinał trzaski eteru, przekazując wieści do posterunku VB.
– Przyjęli – mruknął, kończąc komunikat.
Zerwał się z krzesła i ruszył biegiem do włazu na dach, by zdemontować kilkumetrową antenę – procedury były bezlitosne: przy burzy antena musiała zniknąć, podobnie jak zasilanie z agregatu. Gustaw chwycił go za ramię.
– Błagam, daj pięć minut, może potwierdzą! – zaskamlał, a Honza klepnął łącznościowca po plecach.
– Hozna, kurwa, gdyby nie nasza znajomość… – burknął, ale puścił go wymownym spojrzeniem.
Eter trzeszczał, jakby burza już szarpała fale radiowe. Nagle z głośnika wydobył się krótki komunikat: „Kierowca powiadomiony, wszystko OK”. Nie zatrzymywali go dłużej – facet pognał na dach, a Gustaw i Honza wrócili na korytarz.
– Twoja dwójka dotarła, wszystko gra. Mam becherovkę, walniemy po kielichu dla kurażu – rzucił Honza, klepiąc Gustawa po ramieniu.
Ten zatrzymał się w pół kroku i spojrzał kumplowi w oczy, mrużąc swoje.
– Gdyby Maciek był zdrów, a ta Ewa miała kondycję jak on, to w normalnych warunkach uwierzyłbym, że dotarli do szkoły. Ale Honza, spójrz realnie – chłopak ma skręconą kostkę, a burza ich dopadła. W taką ulewę nie ma szans, żeby dali radę – wycedził Gustaw, a jego głos zadrżał.
Korytarz wypełnił rumor – podniesiony głos Włodka i wrzaski wychowawczyni. Światło zgasło, zastąpione mdłym blaskiem lamp awaryjnych. Ruszyli w tamtą stronę, nie wiedząc, że komunikat z VB został źle zrozumiany. Wyładowania zakłóciły przekaz – „wszystko OK” dotyczyło tylko kierowcy, a los nasz, dwójki wędrowców, pozostał zagadką.
– Wszystko wam nie pasuje! Materace za twarde, nie wiecie, kto gdzie śpi, a nie myślicie, że Maciek i pani Ewa mokną teraz w deszczu i nie mają takiego luksusu jak wy! – darł się Włodek, wylewając złość na klasę.
Rzucił prosto z mostu, co go gryzło. Gosia i Anka, winowajczynie mojego wypadku, marudziły, że je rozdzielono i że nie będą spać na takich pryczach. Jakaś pannica domagała się wody, żeby umyć włosy, a teraz jeszcze zgasło światło. Komuś śmierdziały konserwy i suchary od obsługi schroniska – nic wykwintnego, ot, zapasy o długim terminie. Dwie trzecie klasy zniosło to z godnością, ale reszta zachowywała się jak rozkapryszone dzieci.
– Włodzimierz! – wrzasnęła Helena, bezradna wobec chaosu.
– Włodek, zamknij się! – ryknął Gustaw, uciszając syna.
Zapadła cisza, jak po komendzie wojskowej. Gustaw w duchu porównywał – co gorsze: banda nastolatków czy przypadkowi dorośli, co w góry chodzą, by się najebać? Najlepsi byli tacy jak on, Włodek czy ja – zakochani w szlakach, z głową na karku. Mnie cenił szczególnie – znał mnie z wypraw PTTK, zawsze przygotowany, czasem aż za bardzo. Spokojny, rozważny, z instynktem, którego brakowało wielu starszym. Piętnastolatek, a myślał dojrzalej niż niejeden facet po trzydziestce. Wstyd mu było przyznać, że czasem bardziej imponowałem mu niż Włodek, choć nigdy tego nie okazywał. Kochał obu synów – Włodka i młodszego Przemka – bezgranicznie.
– Jaki problem? – rzucił ostro do młodzieży.
Największy ból dupy? Mieszane spanie w stołówce.
– Chłopaki na korytarz, dziewczyny w stołówce. Co jeszcze? – uciął.
– Nie ma poduszek, materace twarde, chcę spać z Gosią – pisnęła Anka, sucha jak wiór.
Gustaw ledwo się powstrzymał, by nie wybuchnąć. Pamiętał – jej matka była zastępcą dyrektora w ogólniaku.
– Na poddaszu jest kanapa w pokoju łączności, ale jak piorun walnie w antenę, to się nie obudzicie. Chcecie, załatwię wam miejscówkę – warknął, gasząc ją jak znicz.
– Panie Gustawie! – oburzyła się Helena.
Przeszył ją wzrokiem. Ona była kierownikiem wycieczki, ale w górach to on rządził – kapitan na tonącym okręcie.
– Niech pani w końcu ogarnie tych ludzi, bo ja muszę pilnować dwójki na dole, w dużo gorszej sytuacji – wypalił bez ceregieli.
Z Honzą odeszli w kąt korytarza. Miał dość tej gównażerii. Rozłożył mapę na stole.
– Nawet o tym nie myśl, Gustaw – ostrzegł Honza.
Burza dudniła coraz bliżej. Nagle zza pleców wyskoczyła trójka chłopaków – Włodek, Bartek i Piotrek.
– Idziemy z panem, jesteśmy gotowi – rzucili, wyczuwając jego zamiary.
Spojrzał na nich z uznaniem – prawdziwi kumple Maćka, gotowi ruszyć na ratunek. Ale nie chciał ich w to mieszać.
– Tato! – zawołał Włodek.
Gustaw zmierzył ich wzrokiem. Ich miny mówiły wszystko – nie pójdą z nim.
– Idę sam! – zadecydował.
Honza złapał go za rękę.
– Jesteś przewodnikiem, nie ratownikiem. Zabraniam ci! – warknął.
– Honza, wysłałem ich w dół. Odpowiadam za nich – odparł twardo Gustaw.
Deszcz zaczął bębnić o dach.
– Nie dojdziesz w taką pogodę. Kto zna Maćka i tę nauczycielkę? Przeanalizujmy to. Podobno chłopak jest ogarnięty, łaził z tobą – zaproponował Honza, stawiając na logikę.
– Synu, zostań. Reszta, pomóżcie Helenie, bo sobie nie radzi – rozdzielił chłopaków.
Ku jego zdziwieniu, przyjęli to bez marudzenia. Zostali Włodek, Gustaw i Honza. Rozłożyli mapę.
– Mam 1:60 000, a on skądś wytrzasnął 1:50 000. Schodzili stąd – zaczął Gustaw, wskazując punkt.
– Włodek, znasz Maćka. Musiał widzieć burzę. Gdzie by poszedł? – zapytał Honza.
Włodek wpatrywał się w mapę. Wspomniał, jak kiedyś Maciek opowiadał o burzy na szlaku – zboczył wtedy w bok i znalazł opuszczoną chatę.
– Skręci, żeby znaleźć schronienie. Z drugą osobą na pewno to zrobi, ale… – odparł Włodek.
– Jakie „ale”? – dopytał Gustaw.
– To nauczycielka. Może przejąć kontrolę. Dopóki wszystko gra, Maciek się dostosuje – rzucił chłopak.
– A co z tą Ewą? Ktoś coś o niej wie? – zapytał Honza.
Jedyną osobą, która mogła coś powiedzieć, była Helena. Ale jej towarzystwo było tu równie przydatne co koza na stoku – zero pożytku, same kłopoty.
– Jeśli przekonałby ją, to jak myślicie, którędy by poszedł? – rzucił Honza, wpatrując się w mapę.
– Na pewno nie pchałby się czerwonym szlakiem w taką pogodę i z chorą nogą – odparł Gustaw, wskazując stromy odcinek. – Za duży spadek.
– Skręciłby w niebieski, chyba że ona mu zabroniła – dorzucił Włodek, marszcząc czoło.
Problem w tym, że niebieski szlak rozgałęział się na prawo i lewo od czerwonego.
– A co to za znak? – zapytał Gustaw, wskazując ledwo widoczny punkt na mapie.
– Útulňa, schron turystyczny – wyjaśnił Honza.
– Na bank tam poszedł, jeśli ona mu nie wybiła tego z głowy – wypalił Włodek z przekonaniem.
Honza odetchnął, jakby kamień spadł mu z serca.
– Jeśli jest tak ogarnięty, jak mówicie, i ma doświadczenie, to tam im nic nie grozi. Luksusów nie ma, ale do rana dadzą radę.
– Maciek miał rację żywnościową, zapasowe baterie, niezbędnik, nóż, zapałki, zapalniczkę, latarkę… – zaczął wyliczać Włodek, ale ojciec przerwał mu ostro.
– Dość, synu.
Obaj przewodnicy spojrzeli po sobie – ich plecaki nie dorastały do pięt wyposażeniu tego nastolatka.
Tymczasem ja, analizując sytuację, uświadomiłem sobie, że w książeczce walutowej mam osiemset koron czechosłowackich – banknot pięciusetkoronowy i trzy po sto. Razem z paszportem były zawinięte w foliowy worek, więc suche jak pieprz.
– Wzięłaś kasę? – zapytałem Ewę, zdając sobie sprawę, że raz mówię jej „pani”, a raz „ty” – to drugie coraz częściej, gdy tuliła się do mnie w strachu.
– Tak, w twoim plecaku – odparła.
Nie zważając na nagość, sięgnąłem do plecaka. Światło latarki słabło – polskie baterie zdychały w oczach. Potrzebowałem światła jak tlenu. Wygrzebałem zapasowe baterie, chwyciłem latarkę, i w chatce zapanowała ciemność.
– Gdzie jesteś? – rzuciła spanikowana.
– Spokojnie, wymieniam baterie – uspokoiłem ją.
Po chwili snop światła znów rozjaśnił wnętrze. Zajrzałem do plecaka – jej paszport, książeczka i osiemset koron w banknotach po sto, też w folii, były suche.
– Biorę twoje osiemset w stówkach, a daję ci moją pięćsetkę – zaproponowałem.
Okryta kocem podeszła do mnie. Deszcz znów przybrał na sile. Nie przejmowałem się, że zerka na moje nagie ciało. Może mój ptaszek, podkręcony jej bliskością i widokiem jej sylwetki, trochę się ożywił, ale nie to było teraz priorytetem. Trzymałem banknoty – idealne na rozpałkę.
– Co robisz? – zapytała.
– Rozpalę ogień – odparłem.
– Banknotami? – rzuciła z niedowierzaniem.
– Masz lepszy pomysł? – odpowiedziałem pytaniem, wsuwając pomięte stówki pod drobne drewno.
Pierwsza sztormówka zawilgła – nic. Druga też. Trzecia odpaliła. Banknoty zajęły się ogniem.
– Zwariowałeś – skwitowała, ale w jej głosie był cień podziwu.
Odwróciłem się. Wyglądała olśniewająco, mimo burego koca – pod nim kryła się kobieca sylwetka, która zapierała dech.
– Burza wraca, spędzimy tu noc. Bez ognia tylko majtki wyschną do rana – wyjaśniłem.
Drewno chwyciło ogień. Znów stanęła za mną, okrywając mnie kocem. Jej piersi musnęły moje plecy.
– Jesteś niesamowity. Mówiłam ci to już? – szepnęła.
– To najdroższa rozpałka w moim życiu – rzuciłem żartem.
Moje ego rosło – komplementy od dorosłej kobiety działały jak paliwo.
– Daj buty, powiesimy nad piecem – zaproponowałem.
Zostawiła koc na moich ramionach i boso, w samych skarpetach, pobiegła po obuwie. Podała mi je zza pleców. Przewiesiłem je na sznurku, dbając, by nie spadły. Odwróciłem się – stałem okryty, ona naga, na wyciągnięcie ręki, bez skrępowania.
– Boże, jaka ty jesteś piękna – wyrwało mi się, gdy mój wzrok przesunął się po jej ciele.
– Przestań! – rzuciła, zrywając ze mnie koc i owijając się nim.
Teraz ona lustrowała mnie, a wstyd przed nagością odszedł w niepamięć. Odwróciłem się – musiałem sprawdzić coś jeszcze.
– Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie! – zawołała, gdy otworzyłem drzwi.
– Sprawdzę komin, żeby nas nie podtruło – odparłem.
Deszcz siekł mnie po nagiej skórze. Latarką oświetliłem wylot komina – dym uchodził swobodnie. Wróciłem mokry, a ona rzuciła się z kocem, wycierając mnie jak dziecko. Stała blisko, znów naga.
– Nie patrz tak, peszę się – powiedziała, zauważając moje spojrzenie.
Jej skóra pokryła się gęsią skórką. Zdjąłem wilgotny koc i okryłem ją.
– Niepotrzebnie, teraz jest mokry – skarciłem ją łagodnie.
Deszcz przybrał na sile, burza dudniła coraz głośniej. Położyła się na pryczy, otulona kocem. Podszedłem do pieca, dorzuciłem gruby kawał drewna – w chatce robiło się cieplej.
– Chodź do łóżka, nie marznij – zawołała.
„Do łóżka” brzmiało kusząco, ale nie chciałem przekraczać granic bez jej zgody. Powiesiłem latarkę i usiadłem na pryczy. Uniosła się na łokciach.
– Boże, ty o wszystkim myślisz, a ja nawet nie spytałam o twoją kostkę – rzuciła, z wyrzutem do siebie, i wstała, okryta kocem.
Nim odpowiedziałem, klęknęła przy mnie na klepisku, chwyciła moją stopę i zaczęła ściągać brudny, mokry bandaż. Jej głowa znalazła się na wysokości moich bioder. Podniecenie wzięło górę – penis stwardniał, mimo moich wysiłków. Zakryłem go dłońmi, zanim podniesie wzrok.
– Jest opuchlizna. Poruszę stopą, mów, kiedy boli – instruowała.
Syknąłem kilka razy – ból był znośny. Wyprostowała się, wciąż klęcząc.
– Nie bandażuję teraz. Mam świeży bandaż w apteczce, zrobię to jutro – rzuciła z uśmiechem, zerkając na moje dłonie.
– Teraz ty mnie peszysz – bąknąłem, czując, jak krew napływa mi do twarzy.
Spojrzała w dół. Grzmot rozległ się w oddali.
– Chodź, połóż się za mną, na łyżeczkę – poprosiła.
Wiedziałem, że przy erekcji poczuje mnie na pośladkach. Odwrócona bokiem, podała mi koc. Narzuciłem go na nas, układając się za nią. Jej nogi były lekko zgięte.
– Podłóż mi rękę pod głowę i przytul mocno – szepnęła, unosząc głowę.
Zrobiłem, jak chciała. Położyła się na mojej ręce, a ja okryłem nas kocem. Chwyciła moją lewą dłoń i położyła na swoim brzuchu, wtulając się mocniej. Jej pośladek dotknął mojego penisa – musiała go czuć, wraz z wilgocią, którą wydzielał. Powstrzymać się w takiej chwili? To był heroizm.
– Dziękuję za wszystko – powiedziała cicho.
Pocałowałem ją w odsłoniętą szyję. Deszcz przybrał na sile, grzmoty dudniły coraz bliżej.
– Kiedy to się skończy… – jęknęła.
– Śpij, zaraz przejdzie – uspokajałem.
Lało jak z cebra. Błysk pioruna przeciął szparę w drzwiach, a huk wstrząsnął chatką. Ewa gwałtownie odwróciła się twarzą do mnie, przyciągając mnie do siebie.
– Przytul mnie, błagam! Boję się, nie wytrzymam! – krzyknęła, łamiącym się głosem.
Jej ręce oplotły mnie, paznokcie wbiły się w plecy, głowę wtuliła w moją pierś. Musiała mieć traumę z dzieciństwa – taki strach nie rodzi się znikąd.
– Już dobrze, jestem przy tobie. Nic ci nie grozi – wyszeptałem.
Prawą dłonią objąłem jej głowę, lewą przyciągnąłem ją za talię. Drżała i szlochała. Koc zsunął się, odsłaniając nasze torsy. Kolejny piorun huknął blisko.
– Jestem tu, nie bój się – powtarzałem.
Łkała, jej ciało było jak napięta struna. Musiałem ją uspokoić.
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – szeptałem, całując delikatnie jej bark, szyję, kark.
Nie wiem, skąd brałem te słowa – „jestem z tobą”, „nic ci nie będzie”, „już dobrze, kochanie”. Gładziłem jej włosy, całowałem odsłonięte miejsca, rzucając banalne pocieszenia. Działało – drżenie słabło, płacz cichł. Modliłem się, by burza odpuściła. Nie wiem, ile to trwało – dla mnie długo, dla niej pewnie wieczność. Grzmoty oddalały się.
– Już dobrze, maleńka, po wszystkim – szepnąłem, całując jej kark.
Rozluźniła się, paznokcie odpuściły moje plecy. Moja ręka zsunęła się z jej talii. Wyprostowała nogi – penis dotykał teraz jej brzucha.
– Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – wyszeptała, obsypując moją pierś pocałunkami.
Zobacz kontynuacje opowiadania: Szkolna wycieczka w Góry - część 3
Komentarze (0)
Dodaj komentarz
W tej chwili nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.